Lift your skinny fists like antennas to heaven

Orzecha włoskiego dostałem od kolegi u schyłku minionego lata. Kasztana posadziłem sam. Znaleźliśmy go z A. po drodze z przedszkola. Była późna jesień, czas kasztanów już niemal dobiegł końca. Nasz był jednym z ostatnich.

Orzecha posadziłem w przypadkowej doniczce, gdyż na balkonie zawsze znajdzie się jakaś przypadkowa, pusta doniczka. Przyjął się znakomicie, rozwinął nieproporcjonalnie duże liście, które potem, jesienią, zżółkły, zbrązowiały i opadły niemal co do jednego. Ostatni trzymał się gałązki aż do wiosny. Szczerze mówiąc, podejrzewałem, że drzewko jest już tylko suchym truchłem.

Kasztana wetknąłem w ziemię po poziomce czy truskawce. Wydłubałem po prostu otwór w glebie, wcisnąłem weń brązową kulkę i przysypałem. Bez szczególnych oczekiwań. Nie wierzyłem, że wyrośnie.

Oba drzewka zimowały na balkonie. Okazało się, że mają duży apetyt na życie. Orzech przetrwał, wbrew moim obawom. Rozwija właśnie nowe liście z pąka na szczycie łodygi. Kasztan wykiełkował parę dni temu. Jego stożek wzrostu wyglądał jak malutka pięść. Od kilku dni otwiera się w dwie małe, zielone dłonie wzniesione do nieba.