I znów odpaliłem się na klimat.
Poranna dyskusja w TOK FM. Były minister rolnictwa, na wzmiankę redaktora o klimacie, jego zmianach i naszym na niego wpływie jako pewnym punkcie odniesienia dla propozycji nowego unijnego prawodawstwa, obrusza się, jakby usłyszał jakimś infantylny i oderwany od rzeczywistości argument. I tłumaczy, że nawet jeśli, nawet gdyby, to przecież proponowane (narzucane!) zmiany zbyt radykalne, zbyt szybkie, że zabiją europejskie rolnictwo.
Noż ku*wa mać. O tym, że model gospodarczy (również: energetyczny i ekonomiczny) oparty na paliwach kopalnych wygeneruje problemy związane z granicami wzrostu było wiadomo od lat 70 ubiegłego wieku, od wydania Granic wzrostu Klubu Rzymskiego. Od 50 lat! Już wtedy autorzy pisali, że im wcześniej ludzie zaczną działać na rzecz zbudowania stabilnego, samoograniczającego się systemu, tym większe będą szanse na wprowadzenie go w sposób bezbolesny i skuteczny. I od tamtego czasu naukowcy, najpierw nieliczni, potem coraz bardziej zjednoczeni, konsekwentnie powtarzali, że trzeba od ekspansyjnego modelu odchodzić. Najpierw mówili, że mamy jeszcze sporo czasu, by zrobić to tak, aby gospodarki tego nie odczuły. Potem, że czasu jeszcze wystarczy, następnie, że już ostatni dzwonek. Obecnie wiedzą już dobrze, że na bezbolesną transformację jest już o wiele za późno. Zalecają raczej działania będące kontrolą szkód, zarządzaniem kryzysowym. I przez te wszystkie lata spotykali się z lekceważeniem, z odsuwaniem problemy na przyszłość, z argumentacją, że „tak tak, to szlachetne, ale zrobimy to potem”.
Nie, to nie jest szlachetne i nie ma nic wspólnego z pięknoduchostwem i jeżeli już ktoś ma kompletnie wy*ebane na pszczółki, roślinki i zwierzątka, na wymierające gatunki i wycinane w pień lasy deszczowe, to nie powinien przynajmniej mieć w głębokim poważaniu swojej własnej wygody, swojego własnego trybu życia. Swojego i swoich dzieci oraz wnuków. A tymczasem upieranie się przy business as usual w zakresie intensywności eksploatacji dóbr naturalnych, sposobu wytwarzania energii czy emisji dwutlenku węgla, czy to w energetyce, czy w rolnictwie, jest właśnie pracowaniem na to, aby w końcu doszło do dramatycznego kryzysu. Bo odejście od energetyki opartej o paliwa kopalne jest konieczne z tej prostej przyczyny, że paliwa kopalne są nieodnawialne i naprawdę nie rozumiem, co tu jest do nierozumienia. Ich uzyskanie już obecnie wiąże się z olbrzymim kosztem energetycznym i finansowym, bo źródła są coraz rzadsze i coraz trudniej dostępne. Sto lat temu nafciarzom wystarczyło pierdnąć w glebę, aby trysnęła z niej ropa, dziś trzeba uciekać się do inwazyjnych, drogich i dewastujących technologii, jak pozyskiwanie surowca z piasków bitumicznych, aby mieć czym zasilać naszą coraz bardziej głodną energii gospodarkę, nasz coraz bardziej głodny energii lifestyle. A – niespodzianka – aby przestawić energetykę na model odnawialny też trzeba będzie pieniędzy i energii. Pieniędzy i energii, które coraz trudniej nam będzie wygospodarować, bo coraz więcej będziemy ich potrzebować na rekompensowanie strat społecznych wynikających i ze zmian klimatu i z transformacji.
To samo tyczy się całej reszty gospodarki – rolnictwa, przemysłu, transportu, usług i czego tam jeszcze. Czasy, w których można było skupiać się wyłącznie na zyskach, a koszty wyeksportować poza margines własnej percepcji (do Afryki, na ten przykład) bezpowrotnie mijają. Koszty wracają do nas, czy to w formie fal gorąca, fal migrantów, suszy czy problemów z bezpieczeństwem energetycznym. Gdybyśmy zaczęli te pięćdziesiąt lat temu pracować nad samoograniczaniem się, zamiast modlić się wciąż do PKB, to żylibyśmy w świecie bardziej bezpiecznym, bardziej przewidywalnym i bardziej stabilnym. Jak długo jeszcze rozmaici mądrzy i pragmatyczni tego świata będą odwlekać nieuniknione? Aż wreszcie uderzymy czołowo w mur, do czego uparcie i ślepo od lat dążymy?
Jesteśmy w dupie, jest już za późno. Ale, spokojnie, zawsze znajdą się mądrale, którzy stwierdzą, że zmiany są konieczne, ale nie tak szybko i nie tak radykalne. 50 lat po pierwszych ostrzeżeniach.
Noż ku*wa mać.