Gruchnęła afera z raportem Fundacji Marka Polska. Raport ten częściowo napisano bowiem przy użyciu generatywnej AI. Osoba odpowiedzialna za podmiot przygotowujący dokument, niejaka profesor Mróz-Gorgoń (o której usłyszałem w tym kontekście po raz pierwszy), przyznała, że technologia ta została użyta do skompilowania publikacji, choć zarzekała się, że nie do pracy badawczej, lecz do redakcji wyników. Opinia publiczna doznała jednak moralnego wzmożenia, na rząd naszego pięknego kraju oraz na osoby odpowiedzialne za raport spadły gromy krytyki. Cóż było robić, pani profesor złożyła dymisję, lecz gównoburza – póki co – w najlepsze trwa.
Wielu krytyków wytyka tu palcem AI. Tymczasem ta, moim skromnym zdaniem, nie ma tu zasadniczego znaczenia. Owszem, jest mnożnikiem – w tym wypadku mnożnikiem błędu, buty i niekompetencji. Jednak, co do zasady, anatomia tego konkretnego upadku nie różni się od sytuacji, które obserwowałem wielokrotnie przez wejściem generatywnych sztucznych inteligencji do powszechnego użycia.
Scenariusz jest prosty. Podmiot otrzymuje zamówienie. Podmiot otrzymuje środki. Wynajmuje ekspertów, zbyt mało kompetentnych lub zbyt zapracowanych, aby rzetelnie przygotować metodologię badania, zorganizować logistykę i opracować wnioski. Powstają jakieś tam wyniki i nawet mają one sens, aczkolwiek pełne są usterek i niedoróbek. Nie ma jednak budżetu i czasu, aby to naprawiać. Zwycięża podejście, że „jakoś to będzie”. Czas ucieka, podmiot grzęźnie w bieżących sprawach i nagle, na tydzień przed terminem oddania zamówienia, ktoś orientuje się, że trzeba to wszystko jeszcze jakoś opracować i opakować. Bo w międzyczasie szefostwo zapomniało poinformować zespół, kiedy konkretnie jest deadline.
No i zaczyna się pożar w burdelu, kompletowanie ostatnich materiałów na hurra, lepienie całości tak, jak się da, zazwyczaj przez najsłabiej opłacanych i najbardziej zarobionych pracowników. W rezultacie powstaje twór, co do którego wszyscy zaangażowani w jego powstanie mają stosunek raczej powątpiewający, zaś wśród najbardziej sceptycznych dominuje pogląd, że „panie Areczku, to jebnie”. Jednak szef uważa, że jest dobrze i trzeba to pchać dalej. Co gorsza, zazwyczaj ma rację i gniot jakoś przechodzi, a głosy krytyki są nieliczne i słabo słyszalne. Szef upewnia się w przekonaniu, że tak trzeba żyć.
Ale czasami gównobomba eksploduje, a krótko po niej, niczym kolejne ogniwo reakcji łańcuchowej, rozchodzi się fala uderzeniowa moralnego wzmożenia.
Czy jednak AI jest tu kluczowe? Nie, nie jest. Czy coś zmienia? Trochę tak. Zmienia skalę buty. Daje poczucie, że można cisnąć bardziej, gdyż potrafi zrobić bardzo dużo w bardzo krótkim czasie. Nie zawsze „bardzo dużo” znaczy jednak „bardzo dużo dobrego”.
No i wreszcie: przed AI za błędy odpowiedzieliby zapewne najsłabsi, czyli ci niedopłacani i przemęczeni pracownicy, którzy walczyli o ostateczny kształt publikacji. Po AI nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności. Zatem odpowiedziała szefowa. Z uśmiechem i bez większego zażenowania. Jak AI.