Feel good movie

Rzadko zdarzają się seriale o tak konsekwentnej, przemyślanej i oszczędnej formie, jak Ted Lasso. Z reguły sytuacja wygląda tak, że pierwszy sezon stanowi rozpoznanie bojem, próbę sprzedaży publice jakiejś historii, jakichś bohaterów i jakiejś fabuły. Jeśli test wypadnie pomyślnie, następują kolejne sezony tak długo, aż formuła się nie wyczerpie, albo popularność nie spadnie do granicy rentowności. Kilku- lub kilkunastoodcinkowe sekwencje kończą się jakimiś otwartymi drzwiami, które można uznawać za zakończenie podlegające wolnej interpretacji lub za wygodne przejście w kolejną serię.

Istnieje cała plejada marnych seriali opartych o tę regułę. Istnieje też całkiem przyzwoita liczba dobrych, które mimo takiej dojnej metody można nazwać produktami jakościowymi. Mało jest jednak seriali, które od początku do końca sprawiają wrażenie spójnej całości.

Taki właśnie jest Ted Lasso.

Nie jestem wielkim fanem seriali komediowych. Są oczywiście takie, które lubię, jednak zazwyczaj wolę sięgać po kryminały, thrillery lub fantastykę, bo komedie rzadko kiedy mnie bawią. Ted Lasso jest natomiast śmieszny. Jest też pogodny, choć potrafi być poważny. Nie zalewa synaps wyrzutami kortyzolu, choć nie stara się też otulić naszych szarych komórek pluszem bezmyślności. To serial ku pokrzepieniu serc, historia, która ma nam przypomnieć, że warto starać się być lepszym człowiekiem. Że to nie jest głupie ani naiwne.

Trzy sezony: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Opowieść o trenerze futbolu amerykańskiego, który przylatuje do Londynu trenować przeciętną drużynę Premier League. Przybywa z entuzjazmem, optymizmem, ale też całkowitą ignorancją oraz ciągniętymi za sobą rodzinnymi problemami. Na miejscu zastaje poturbowaną życiowo panią prezes, skonfliktowaną drużynę, kąśliwych reporterów i kulturę, która – mimo posługiwania się tym samym językiem – jest dla niego zaskakująca i dziwna. I wbrew przeciwnościom losu, podejmuje rękawicę, by poprowadzić drużynę do mistrzostwa. A przynajmniej na tyle blisko, na ile to możliwe. Lub niemożliwe.

Scenarzyści Teda Lasso powołali do życia całą plejadę bohaterów, w których udało im się tchnąć rozpoznawalne charaktery. Najbardziej wyraziste łuki fabularne posiadają oczywiście postaci pierwszoplanowe, lecz również ci z drugiego planu otrzymują swoje własne rozwinięcia, dzięki czemu stają się dla nas autentyczni. Przegrywają, wygrywają, zmagają się z własnymi słabościami i przezwyciężają je, czerpiąc siłę z relacji z innymi. W sumie banał, ale czy życie też nie jest często banalne?

Ted Lasso sprawia, że czujemy się dobrze. Nie dlatego, że wszystko się uda. Czasami się nie uda. Czujemy się dobrze, bo przypomina nam, że przynajmniej w jakimś stopniu nasz los jest w naszych rękach. Warto o niego zawalczyć.