Obejrzałem wczoraj „Hakowanie świata” na Netfliksie. Duże rozczarowanie. Spodziewałem się filmu przynajmniej tak dobrego, jak „Dylemat społeczny”, jednak autorzy próbowali zrobić coś na wzór dziennikarstwa śledczego z elementami historii o odkupieniu win. Ani jedno, ani drugie się nie udało. Materiału na śledztwo było jak na lekarstwo, a główna bohaterka sprawiała wrażenie niezrównoważonej emocjonalnie. Najbardziej przekonująco zabrzmiał dla mnie bohater drugoplanowy, jeden z wyższych stanowiskiem pracowników niesławnej Cambridge Analytica. Skromny, po ludzku przybity, drugorzędny adwokat diabła.
Niemniej, interesujący wydał mi się jeden wątek. Ten mianowicie, że sportretowani wojownicy o uznanie prawa do danych jako prawa człowieka pomijali fakt, że sieci społecznościowe są przedsięwzięciami komercyjnymi, a nie non-profit.
We wspomnianym „Dylemacie społecznym” padło sformułowanie: jeżeli nie wiesz, dlaczego nie płacisz za jakiś produkt w sieci, to najprawdopodobniej to ty właśnie jesteś tym produktem. Zapewne jestem cyniczny, bo wydaje mi się to oczywiste. Tak, ludzie są zdolni do spektakularnych zrywów altruizmu, chcą się dzielić dobrami, czasem, wiedzą. Ale nie na tą skalę i nie ciągle. Facebook, Twitter, TikTok i cała reszta radosnej, socialowej ekipy, to potężne infrastruktury, rzesze pracowników i topowy know how. Jest zupełnie jasne, że muszą na czymś zarabiać. I to potężnie.
Więc zarabiają. Na ludzkiej uwadze. Na wpływie na ludzkie zachowania. Do tego potrzebne są dane. Tych zaś dostarczają chętnie, usłużnie i w ilościach znacznych sami użytkownicy. Mimo że nikt ich o to nie prosi. Sami chcą.
Chcą natomiast, bo (ponownie „Dylemat społeczny”) sieci społecznościowe wykorzystują podstawowy mechanizm wbudowany w nasz hardware – układ nagrody. Ewolucyjnie jesteśmy tak zbudowani, że nasz mózg nagradza zdobywanie uwagi i uznania grupy. Jesteśmy zwierzętami społecznymi, a nasza inteligencja wykształciła się w odpowiedzi na relacje w coraz bardziej złożonych stadach (Dennis Dennet lub Michael Tomasello, nie pamiętam teraz, który o tym pisał). Dlatego czujemy satysfakcję i przyjemność, gdy ktoś zwraca na nas uwagę. Gdy kolejna liczba pojawia się przy ikonie serduszka lub kciuka. Jesteśmy też odkrywcami. Lubimy sprawdzać, co jest za horyzontem, choćby horyzont ten oznaczał jedynie dolną krawędź smartfona, a podróż ograniczała się do ruchu kciukiem.
Dlatego dostęp do sieci społecznościowych to trochę jak legalne sprzedawanie kokainy pod szkołą. Z tegoż właśnie powodu wątpię, czy etyczne sieci społecznościowe są w ogóle możliwe. Bo przecież powyższa mechnika, stanowiąca ich założenie, jest właśnie tym, co czyni je zagrożeniem.
Być może opcją byłoby wprowadzenie modelu płatnego. Bo przecież musimy płacić za używanie telefonu, a jednak wszyscy zgadzamy się na to. Deal wydaje się jasny: kilkanaście- dziesiąt złotych miesięcznie za konkretną usługę, polegającą na dostępie do sieci telefonicznej i internetu. „Dla niektórych to dużo”, podniosą się głosy, ale, kochani, podpici dżentelmeni pod Lidlem czy Biedronką, wyłudzający piątaki od parkujących auta klientów – oni wszyscy telefony posiadają. I nie wahają się ich użyć, gdy już uciułają na kolejną flaszkę.
Zatem, dlaczego by nie wprowadzić modelu płatnego? Wraz z prawną regulacją, że każda sieć musi na samej górze interfejsu, w sposób czytelny i jednoznaczny umieścić przełącznik:
- używam płatnie, nie jestem śledzony, żadne moje dane nie są w jakikolwiek sposób przechowywane i używane, a ja sam decyduję, co mi się wyświetli
- używam za darmo, sieć może wykorzystać moje dane w dowolny sposób, ale bez naruszenia prawa, aby zarobić na mojej aktywności i na moją aktywność, zaś mój feed może być moderowany przez algorytmy.
Żadnych kompromisów, pośrednich stadiów czy długich list wyboru, jakie dane udostępniam, a jakich nie. Oraz dotkliwe kary finansowe dla sieci za złamanie reguł.
W ten sposób sprawa byłaby czystsza.