Bańki inercji

Drzwi loopa rozsunęły się bezszelestnie i żar poranka buchnął mu prosto w twarz. Wyjście z klimatyzowanej kapsuły zawsze było szokiem, jednak mężczyzna miał wrażenie, że ostatnio dni stały się jeszcze bardziej upalne. Razem z innymi pasażerami wyszedł na peron i szybkim krokiem ruszył do przejścia podziemnego. Nieliczni rozmawiali półgłosem, krótkimi, oszczędnymi zdaniami wymieniając uwagi lub polecenia. Nikt nie plotkował ani nie odzywał się bez potrzeby. Pogaduszki na wolnym powietrzu kosztowały zbyt wiele energii i wilgoci.

Ludzki potok znikał w otworze tunelu jak w wejściu do podziemnego mrowiska. Mężczyzna zszedł w głąb stacji razem z wszystkimi. Zrobiło się chłodniej, jednak powietrze zgęstniało od potu i zużytych oddechów. Korytarz rozświetlało blade światło statycznych ekranów. Wyświetlały reklamy bądź nachalną propagandę. Nikt nie zwracał na nie uwagi, jednak sygnał ślizgał się po siatkówkach, próbował wpełznąć pod czaszki potajemnie i podprogowo.

Wkrótce mężczyzna dotarł do terminala i przeszedł przez bramkę. Zaświergotała cicho głosem jakiegoś dawnego ptaka, a on przypomniał sobie, że kiedyś próbował znaleźć w internecie informację na jego temat. Nagrał sygnał telefonem i odtworzył w wyszukiwarce, powodowany nieuzasadnioną, nagłą ciekawością. Niczego nie znalazł. Pytanie było tak egzotyczne w kontekście jego bańki informacyjnej, że klaster nie miał w cache’u niczego sensownego do zaoferowania. Pamiętał jeszcze czasy, gdy internet był globalną, otwartą siecią, gdy z Japonii można było połączyć się – dajmy na to – z Brazylią w dowolnym momencie i byle jakim celu. Obecnie sieć przypominała raczej pathwork wirtualnych nakładek na fragmenty globu, łączących się ze sobą i wymieniających informacje tak, by zużywać przy tym możliwie mało energii. Każdy mógł skorzystać z węzłów pozalokalnych, jednak nie bezpłatnie. Połączenia globalne zjadały wiele punktów z kredytu energetycznego. Zbyt wiele, by mężczyzna chciał i mógł sobie na to pozwolić. Odpuścił zatem, jednak ciekawość od czasu do czasu powracała.

Za bramką tuba korytarza wspinała się łagodnie na powierzchnię. Kryta solarnym szkłem, zapewniała ochronę przed słońcem i skwarem. Maszerując, patrzył na majaczące w oddali zakłady motoryzacyjne, przesłonięte woalem falującego, rozgrzanego powietrza. Prawie wszystkie hale od dawna były nieczynne, działała tylko jedna, produkująca drony. Na drony zapotrzebowanie było wciąż wysokie, samochody natomiast kupowali tylko najbogatsi. Praktycznie cały popyt zaspokajały fabryki Tesli i Toyoty.

Gdzieś tam, w wieży numer sześć, pracowała Anna. Gdzieś tam pracował również on, zanim wycięto go, zgodnie z nieubłaganą logiką redukcji. Niegdyś magicznym zaklęciem, definiującym światową gospodarkę, było pojęcie wzrostu. Wydawało się, że można wzrastać w nieskończoność, a przynajmniej wydawało się tak zakochanym w PKB ekonomistom i politykom schyłku liberalnych demokracji wolnorynkowych. Skutecznie impregnowani na niewygodną wiedzę, nie przyjmowali do wiadomości, że w zamkniętym systemie wzrost ma naturalne granice. Wierzyli w postęp naukowo-techniczny i jego zbawczą moc. Wierzyli, że wszystko się jakoś poukłada.

Gdy pracował z Anną, w wieży numer sześć, czasy takiej wiary były już przeszłością. Biura w większości stały puste, w nieużywanych pomieszczeniach wyłączano elektryczność, a klimatyzacja działała jedynie w trybie hiperoszczędnym, dając namiastkę chłodu wystarczającą, by oszukać mózg. Pył osiadał na grubych, zielonkawych szybach budynku cieniutką warstwą szarości. Słońce i tak przebijało się przezeń i zalewało pomieszczenia blaskiem, ale był to blask zabrudzony i mętny. Włosy Anny robiły się płowe w takim świetle. Najlepiej zapamiętał właśnie to – tył głowy, jasny kok, dalej ekran komputera i niezliczone linijki kodu, przesuwające się żwawo w górę w miarę dopisywania kolejnych i następnych wersetów nowatorskich modułów AI. Nikt w firmie nie programował tak szybko, jak Anna. Dlatego wszyscy odpadli.

Ona została.

Odległe hale falowały, ich podstawy rozpływały się w żarze poranka. Być może to tylko fatamorgana, pomyślał mężczyzna. Tamten czas. Tamte dni.

W końcu dotarł do celu – terminalu gigantycznego, krytego pola owocowego, należącego do tego samego koncernu, co prawie wszystkie zakłady produkujące żywność na świecie. Znajome logo z ptakiem karmiącym pisklęta widniało na ścianie głównego holu i pomyślał, że być może to właśnie ten gatunek użyczył głosu bramkom biometrycznym. Co to mogło być? Pamiętał nazwy kilku gatunków. Wróbel? Kos? Drozd? Wszystko jedno, i tak pewnie już wyginął.

Hol był wysoki, jasny i prawie pusty. Sklepienie potężnego, półkolistego stropu było przeszklone, solarne szkło wyłapywało część energii, przepuszczając jej jednak wystarczająco dużo, by pozwolić rosnąć dwóm rzędom bujnie rozwiniętych miłorzębów oraz kobiercowi mchów i paproci. Albo czegoś, co wyglądało jak mchy i paprocie. Mężczyzna nie był pewien. Był natomiast przekonany, że drzewa były miłorzębami – miało to wymiar symboliczny, co wyczytał kiedyś w oficjalnym firmowym biuletynie. Nie wiedział, co symbolizowały i było mu to w gruncie rzeczy obojętne. Były piękne, szczególnie w świetle poranka, wdzierającym się do holu jasnymi snopami przez przejrzysty strop.

Mężczyzna udał się prosto do szatni. Niewysokie pomieszczenie było długie, pocięte na rzędami szafek na klaustrofobiczne alejki. Było też prawie puste. Tu i tam ktoś zatrzaskiwał drzwiczki i wychodził szybkim krokiem, mężczyzna zorientował się więc, że jest już dość późno. Zrzucił ubrania, które zdążył zapocić i przebrał się w dwuwarstwowy, oddychający kombinezon roboczy. Kombinezony tego typu wszyscy w firmie nazywali filtrfrakami, tak jak skafandry pustynnych nomadów w klasycznej powieści science-fiction. Jednak tu odsączonego i oczyszczonego potu, spływającego do nadnerkowych bukłaków, nikt nie używał do picia. Przefiltrowana ciecz wykorzystywana była do napełniania karabinków pyłkowych. Dzięki niej nie było praktycznie potrzeby uzupełniania ich wodą, co bardzo znacząco obniżało koszta pracy. Marnowanie czystej wody na cokolwiek innego, niż spożycie przez ludzi i produkcja żywności, było bardzo kosztownym luksusem w cywilizowanym świecie. W mniej cywilizowanym uchodziło za przestępstwo.

Mężczyzna spojrzał na smartfon, zanim odłożył go do szafki. Zegarek wskazywał ósmą pięćdziesiąt jeden. Zaklął, wsunął na nadgarstek firmowy komunikator, zatrzasnął drzwiczki i pobiegł do zbrojowni. Był już prawie spóźniony.

Pobrawszy karabinek, magazynki i dzienny przydział izotoniku ruszył do hali owocowej. Bramka przy wejściu zaświergotała na powitanie. Był pewien, że AIA poinformuje go o spóźnieniu, jednak okazało się, że zdążył. „Witaj, Zapylaczu 314. Twój dzisiejszy przydział to sektor XD44, alejki 34 do 78”, usłyszał tylko i odetchnął z ulgą. Miał co prawda jeszcze sporo zapasu na kredycie wiarygodności, ale wolał nie tracić punktów za tak bzdurne przewinienia. O pracę było niełatwo, a z niskim kredytem o jej zdobyciu można było co najwyżej pomarzyć. Półtora roku na bezrobociu. Pięćset dwanaście dni bezproduktywnego, monotonnego wegetowania, bez pieniędzy na streaming, ebooki, podstawowy pakiet energetyczny, a w konsekwencji internet. Bez znajomych offline.

Nie dziwił się zupełnie, że ludzie nie wytrzymywali.

Hala owocowa przywitała go różowym morzem kwiatów. Ten widok zawsze robił na nim wrażenie i nie przestał wzbudzać czegoś w rodzaju zachwytu mimo czasu, który minął od jego pierwszego dnia w firmie. Gałęzie drzew, ciężkie od płatków i zieleni, szumiały cicho, poruszane delikatnymi muśnięciami wiaterku z grawitacyjnych dmuchaw.

Nałożył maseczkę na twarz i udał się prosto do wyznaczonych przez AIA alejek. Tak właśnie o tym myślał – wyznaczonych przez AIA, jak przez królową ula. Nigdy nie spotkał nikogo z niższej kadry kierowniczej, choć wiedział z sieci, że firma posiada jakichś dyrektorów, zarząd i akcjonariuszy. W halach jednak widywało się wyłącznie zapylaczy. AIA mówiła, co robić, oni zaś robili to skrupulatnie i systematycznie.

Idąc, załadował magazynki do karabinku pyłkowego. Uzupełnił stan cieczy z filtrfraka i sprawdził zawory. Wiedział, że mieszanki wystarczy mu przynajmniej do połowy dnia, a przez ten czas zdąży spocić się na tyle, by uzupełnić braki. Rano specjalnie nie skorzystał z toalety i czuł teraz lekki napór moczu na pęcherz. To dobrze, być może nawet nabije premię za nadmiar płynu. Premie można było konwertować na punkty wiarygodności. Przelicznik był bardzo niekorzystny, ale grind był możliwy, zaś wyższa ranga dawała jakiekolwiek szanse na zmianę pracy. Przynajmniej w teorii. Mężczyzna nie znał nikogo, komu by się to udało. Jakiś czas wcześniej snuł tego rodzaju plany, ale obecnie nie był nawet przekonany, czy chciałby zmian.

W mijanych alejkach zapylacze systematycznie ostrzeliwali kwiaty na gałęziach drzew. Strumienie leciutkich, ulotnych banieczek tryskały z luf karabinków i unoszone wiatrem osiadały na pręcikach i płatkach. Pękając, uwalniały pyłek. Wyglądało to magicznie. Tafle pęcherzyków mieniły się w snopach opadającego z góry światła, a pyłkowa mgiełka wokół gałęzi spowijała je miękką aurą. Mężczyzna nadal lubił na to patrzeć, mimo rutyny i powtarzalności następujących po sobie dni.

Żałował tylko, że nie pokaże tego Annie. Ulatująca z lufy bańka dryfuje przed siebie, jej tafla drży lekko, powodowana wewnętrznymi naprężeniami, mieni się zawiesina pyłku, a gdy membrana dotyka pręcika – puf! – pęka bezgłośnie i miękko. Wilgoć osiada na kwiecie, a część unosi się w górę – mikroskopijny, niemal niebyły obłoczek.

Jednak czy Anna doceniłaby to? Czy to nie on zwracał uwagę na odcień jej włosów, natężenie światła, te wszystkie drobne detale blaknącego świata? Ona zawsze wpatrywała się w ekran, skupiona na zadaniu, nieobecna. Nie pamiętał już ani jednej ich rozmowy. Bo przecież rozmawiali? Musieli rozmawiać. Nie był pewien. Na pewno. Być może.

Rękojeść karabinka pyłkowego wygodnie leżała w dłoni. Jego ciężar – nie za duży, w sam raz – przywoływał do rzeczywistości.

Mężczyzna dotarł na miejsce swojej pracy, przyłączył się do ludzkiego roju. Naciskając raz po raz spust, stopniowo uwalniał się od wszelkich myśli. Palec wskazujący napiera na metal, ten ustępuje z idealnie wyważonym oporem, bańki tryskają z wylotu lufy i dryfują ku kwiatom. Slow motion. Było w tym coś bliskiego medytacji, coś z dziania się w tej oto chwili, bez kontekstu i ciążenia ku czemukolwiek. Pręciki, bańki, karabinek i on tworzyli jeden układ, każda chwila była zarówno taka sama, jak i odmienna od innych. Rozedrgane sfery nigdy nie leciały tak samo, a jednak poszczególne strumienie były od siebie nieodróżnialne. Mężczyzna zatapiał się w tym procesie każdego dnia, wyrywając się zeń jedynie wówczas, gdy pragnienie przypomniało mu o konieczności sięgnięcia po izotonik lub gdy AIA ogłaszała koniec pracy.

Tym razem było inaczej. W pierwszej chwili nie zrozumiał, dlaczego przestał zapylać. Gdy koncentracja powróciła, zauważył, że człowiek przed nim również się zatrzymał, podobnie jak inni. Wszyscy stali z opuszczonymi lufami, zapuszczając spojrzenia przed siebie, między głowami. Zrobił tak samo i zauważył, że dalej z przodu ludzie tłoczyli się wokół czegoś, czego nie mógł dostrzec, wymieniając półgłosem uwagi.

To nie zdarzało się często. Mówiąc szczerze, to nie zdarzało się prawie wcale.

Zaciekawiony podszedł bliżej, przepychając się delikatnie przez gęstniejący tłumek. Zapylacze stali zwróceni w tę samą stronę, ku rosnącej nisko gałęzi niewysokiego drzewka. Spojrzał na nią i na początku nie zauważył niczego nadzwyczajnego. Po chwili dostrzegł jednak ciemną plamę na jednym z kwiatów. Wszyscy najwyraźniej właśnie na nią patrzyli i zaniepokoił się, że może widzi początki plagi podobnej do tej, która wytrzebiła pomarańcze i większość cytrusów. To byłaby katastrofa. Nie zdążył jednak się zaniepokoić. Plama poruszyła się, a on zamarł, zahipnotyzowany, jak wszyscy.

Teoretycznie nie miał prawa pamiętać. Ostatnią pszczołę widział, mając cztery lata. Wiedział o tym, gdyż ojciec opowiadał mu, jak zawoził go do szpitala po wstrząsie anafilaktycznym. Potem nie miał już okazji ich oglądać. Pomór, postępujący powoli i nieubłaganie od drugiej dekady XXI wieku, przyspieszył gwałtownie i bez wyraźnej przyczyny, uśmiercając prawie wszystkie roje w przeciągu niecałych trzech lat. Gatunki miodne, udomowione, padły pierwsze, mimo że jeszcze kilka lat wcześniej ich populacje rosły. Dzikie trzymały się jeszcze trochę, jednak również one zniknęły. Naukowcom nie udało się ustalić jednoznacznej przyczyny, sformułowano kilka hipotez, ale było to w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia. Biolodzy i ekolodzy z rozmaitych fundacji czy stowarzyszeń prowadzili intensywny monitoring, ale od dziesięcioleci nie zaobserwowali już ani jednej sztuki. Zresztą, z biegiem lat fundusze zaczęły się kończyć, a klimat polityczny i przestał sprzyjać działalności organizacji pozarządowych w ogóle.

Pszczół nie było, jednak cywilizacja nie upadła. Śmierć owadów była tylko jednym z czynników, które zatrzymały rozrost machiny stworzonej przez kapitalizm wolnorynkowy, obok kryzysu klimatycznego, powracającej falami pandemii i zapaści energetyki paliw kopalnych. Na tych polach pojawiały się różne, mniej lub bardziej nieskuteczne działania doraźne, które przypominały leczenie grypy słabymi środkami przeciwbólowymi. W rolnictwie i produkcji żywności pszczoły zastąpiły armie ludzkich zapylaczy.

Oczywiście, mogły to być drony. Jednak ludzie muszą przecież robić coś. Cokolwiek.

Teoretycznie nie miał więc prawa pamiętać. Ale pamiętał, a raczej wiedział od razu. To była pszczoła. Mała, puchata pszczoła, z ciałkiem obsypanym pyłkiem i żółtymi woreczkami przy nóżkach. Nieco niezgrabna, nieprawdopodobna, ale prawdziwa. Owad pokręcił się chwilę na płatku, przeleciał na sąsiedni kwiat, wpełzł do kielicha, a po chwili wyłonił się z powrotem i ruszył do kolejnego, bliżej tłoczących się obok ludzi.

Mężczyzna nie wiedział, kiedy wyrwał się z odrętwienia i nie wiedział, dlaczego zrobił to, co zrobił. Nie ze strachu, żalu czy złości, to pewne. Po prostu, wyszedł przed grupę gapiów i uderzył dłonią w zapylany przez pszczołę kwiat. Oderwane płatki posypały się na ziemię, a owad upadł obok nich i zaczął nieporadnie zbierać się z gruntu, bzycząc w dezorientacji. Mężczyzna tymczasem uniósł stopę i powoli spuścił ją na oszołomione stworzenie. Poruszył podeszwą.

Kto uniósł stopę, kto spuścił ją powoli? Kto porusza podeszwą, patrzy na snop porannego światła, opadający pionowo przez pijane pyłkiem powietrze? Kto robi to, co robi, zgodnie z samonapędzającą się, niewypowiedzianą logiką?

Mężczyzna rozejrzał się dookoła. Znad masek spoglądały nań dziesiątki ludzkich oczu. Miały szare tęczówki, ciemne źrenice, powierzchnię lśniącą wilgocią, jak bańki. Nie potrafił niczego w nich wyczytać. Zdjął stopę z pszczoły i spojrzał na ziemię. Truchło owada drgało lekko jeszcze przez chwilę. Odwłok był zgnieciony i rozerwany.

Ktoś ze zgromadzonej wokół grupy odwrócił się i odszedł do swojej pracy. Potem następny i kolejny. Rozchodzili się jeden za drugim, wreszcie wszyscy wrócili do pracy. Chmury baniek ponownie spowiły ukwiecone gałęzie drzew.

Mężczyzna stał nad martwym owadem. Świadomość czegoś nieuchronnego powoli formowała się mu gdzieś w głowie, jakaś oczywistość zaczynała majaczyć na peryferiach pola widzenia. Przeczucie nabrzmiewało i drżało jak pełna pyłku, mydlana bańka.

AIA piknęła do niego komunikatorem. Spojrzał na nadgarstek. Była dziesiąta.

Idealny moment, by oddać mocz. 0,4, może nawet 0,45 punktu.