Granice planetarne i moje śniadanie

W miniony weekend mieliśmy okazję wraz z G. wysłuchać wykładu dotyczącego granic planetarnych. Dowiedzieliśmy się podczas niego między innymi, że biomasa zwierząt hodowanych przez ludzi w celach rzeźnych (mierzona w tonach węgla) przewyższa blisko dwukrotnie biomasę wszystkich ludzi, a dziesięciokrotnie masę wszystkich dzikich ptaków i ssaków na Ziemi. Przypominając sobie wiedzę o łańcuchach pokarmowych, dochodzimy do wniosku, że pomysł, aby codziennie spożywać mięso, wiedzie nas, jako cywilizację, ku czołowemu zderzeniu ze ścianą.

Od jakiegoś czasu, w drodze do biura, wpadam do okolicznego sklepu z nazwą sympatycznego płaza w logo, aby kupić hot-doga. Mimo że, teoretycznie, sklep ten oferuje parówkę wegetariańską jako jedną z dostępnych opcji, w praktyce prawie nigdy i nigdzie nie sposób jej dostać. Siłą rzeczy korzystałem więc z wariantów mięsnych, choć coraz bardziej mi to doskwierało.

Dziś zdecydowałem porzucić ten zwyczaj. Pomyślałem więc, aby po drodze do biura wpaść do również znanego i popularnego fast foodu w największej w mieście galerii handlowej po tosty z serem i pieczarkami. Jakież było moje zdziwienie, gdy miła pani poinformowała mnie, iż menu śniadaniowego tam nie serwują. Owszem, mogłem nabyć wegetariańską wersję burgera, ta jednak jest znacząco droższa od jej mięsnego odpowiednika.

Wobec sytuacji sprzed jeszcze kilkunastu lat, dostępność potraw bezmięsnych wzrosła bez porównania. Mimo to warianty mięsne wciąż są zdecydowanie bardziej powszechne i popularne od wegetariańskich kontrpropozycji. Decyzje konsumenckie i świadome wybory mogą to w jakimś stopniu przekształcać i zmieniać, czy jednak wytrzymają w zderzeniu z siłą marketingu i mechanizmów rynkowych?