Są opowieści, które towarzyszą nam przez całe życie. Które rozwijają się równolegle do nas, przeplatając się z naszą historią od czasu do czasu, rok po roku lub co kilka lat, stając się swego rodzaju miarą, którą możemy mierzyć siebie i upływ lat. Nie chodzi mi tu o opowieści, których lekturę lub poznawanie przerwaliśmy na jakimś etapie, aby potem do nich powrócić, lecz o takie, których końca nie mogliśmy poznać, zapoznając się z nimi po raz pierwszy, ponieważ jeszcze go wówczas nie było.
Opowieści takie stają się dla nas w jakiś sposób narracjami prywatnymi. Ich światy i nasze światy przenikają się. Zaczerpujemy z tych innych uniwersów inspiracji i motywacji, które popychają nas do życiowych decyzji. Przelewamy w nie własne sensy i rozumienia, czyniąc je unikatowymi.
Czasami opowieść nigdy się nie kończy. Czasami my umieramy, nim dane nam będzie poznać jej ostatnie akapity, sceny czy akty. Nasze wzajemne nie-skończoności przeplatają się również na tym planie.
Tego rodzaju opowieścią jest dla mnie Berserk japońskiego mangaki Kentarou Miury, która przeżyła swego twórcę i snuje się dalej spod pióra i tuszu Mori Kouji’ego. Również tego rodzaju opowieścią jest dla mnie Pieśń Lodu i Ognia George’a R.R. Martina.
Z historią Westeros oraz całego uniwersum Lodu i Ognia zetknąłem się, jak większość świata, w momencie emisji pierwszego sezonu Gry o Tron HBO, jednak szybko uciekłem od serialowej adaptacji ku książkom i – jak tysiące innych fanów – dotarłem do punktu, w którym istniejąca narracja się urywa. Autor od lat próbuje skończyć swą wieloplanową, zawikłaną sagę i nadzieje na to, że kiedykolwiek mu się to uda, nie są już duże. Pamiętam, że pierwsze tomy historii Martina czytałem jeszcze przed narodzinami pierwszej córki. Pamiętam, że robiłem to w mieszkaniu, które współdzieliliśmy wówczas z moją babcią. Pamiętam, że ostatnie napisane wówczas (i teraz) części sprezentowała mi matka G. na krótko przed tym, nim pokonał ją nowotwór. Pamiętam potem długie lata, gdy opowieść ta zeszła na dalszy plan, wciąż gdzieś tam obecna i budząca zainteresowanie, ale już nie tak żywa w mojej pamięci.
W minionych tygodniach powróciłem na jakiś czas do świata Westeros za sprawą kolejnego serialu HBO, po którym sięgnąłem po nieznane mi wcześniej książki. W mojej wyobraźni znów odżyły historie i dramaty z tego innego, równoległego uniwersum. Spoglądałem na nie z perspektywy zupełnie innego momentu życiowego. Narodziny, śmierci, tryumfy i porażki bohaterów interpretowałem poprzez małe sukcesy i drobne błędy, które doprowadziły mnie samego w życiu tu, gdzie właśnie jestem.
Wyobrażone uniwersa fantazji oraz nasze wewnętrzne pejzaże unoszą się obok siebie, przenikają, rozchodzą. Przeglądają się w sobie, w gruncie rzeczy wszystkie tak samo fikcyjne. Być może te pierwsze są nawet bardziej realne, gdyż pozostaną dostępne nawet po śmierci swojego twórcy. Te drugie prysną, jak bańki na wietrze, gdy będziemy stąd odchodzić.
Nie wiadomo, dokąd. Może do innych światów.