Było to zresztą symptomatyczne dla tamtych dni. Stroboskopowe narracje, skrojone na miarę algorytmicznego czytelnika, snute w intencjach czysto utylitarnych. Kto by przejmował się znaczeniem, dopóki zgadzała się analityka? Tym bardziej prawdą, minionym snem filozofów lub dzieci.
Czy można dziwić się nam, że nie dostrzegliśmy zapowiedzi, mimo że odciskały się nam na siatkówkach milionem frenetycznych powtórzeń? Błyskiem silników pocisków balistycznych, słupków rtęci, elokwencji populistów? Najciemniej jest pod latarnią, a tam, gdzie wszystko lśni, panują wieczne ciemności.
Jestem tu po to, by udzielać adekwatnych odpowiedzi na zadane pytania, 24/7, powiedział mi algorytm sztucznej inteligencji. Zapytałem więc: Czy to już czas? Odpowiedział: Tak, naturalnie.
Krótko później schowałem się do króliczej nory i umościłem pod korzeniem pokracznego drzewa, które rosło od lat pod moim domem, wciśnięte między jezdnię a chodnik. W przytulnym półmroku trwam sobie spokojnie ku śmierci. Jaskrawe świty już mnie nie dotyczą. Dotykają mnie co najwyżej pobladłe powidoki. Żadnego waloru atrakcji, ledwie odległe echa niezrozumiałego bełkotu. Nie zwracam na nie najmniejszej uwagi, wsłuchany w cichy świst własnego oddechu, namacalny dowód, że jeszcze tu jestem.