Wczoraj miałem sen, który zapamiętałem. Miałem go spisać po przebudzeniu, jednak mi to umknęło. Spisuję więc teraz, bo nadal pamiętam. Lub pamiętam, że pamiętałem i projektuję sobie jego treść, by możliwie blisko oddawała nastrój wspomnienia.
Śniłem o prężnie działającym miasteczku gdzieś na amerykańskim wschodzie. Architektura, moda i motoryzacja wskazywały na lata zimnej wojny, być może sześćdziesiąte. Nie widziałem nigdzie śladów rewolucji obyczajowej ’68. Widziałem natomiast statecznych Amerykanów, którzy w pozytywistycznym zapale konstruowali swoje życie wokół głównego zasobu, stanowiącego podstawę gospodarki miasteczka. O ile pamiętam, była to miedź, choć być może wymyślam.
Głos z offu, o brzmieniu kojarzącym mi się z amerykańskimi zimnowojennymi kronikami (o ile coś takiego w ogóle istniało), z entuzjazmem i emfazą opisywał życie mieszkańców. Mieli tam wszystko: osiedla, sklepy, szkoły, wielki shopping mall, policję, straż pożarną, szpitale – ba! nawet uniwersytet. Stojący obok białej tablicy wykładowca w kremowej koszuli i szerokim krawacie tłumaczył słuchaczom meandry fizyki.
A potem, nagle, nastąpił przeskok. Zobaczyłem to same miasteczko, ale zupełnie, całkowicie puste i wyludnione. Kurz i pył zalegały w opuszczonych pomieszczeniach. Wybite szyby szczerzyły ostre kły ku nieużywanym ulicom, którymi nie jechało ani jedno auto. Jak w filmach o pustyni Nevada, ulicami przemykały kuliste, suche krzewy, popychane zrywami wiatru.
Głos z offu tłumaczył monotonnie i bezbarwnie: gdy zasoby się skończyły, miasteczko straciło rację bytu. Wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się, odeszli. Teraz są tu tylko puste mury i wspomnienie.