Napór

Już od jakiegoś czasu zauważał, że rzeczywistość go przygniata. Nie jak głaz. Raczej jak napierająca na niego powoli i nieubłaganie masa kisielu, co samo w sobie jest mało heroiczne. Czuł, że jego wysiłki, zmierzające do nadania jakiegoś konkretnego kierunku swojemu życiu skazane są na fiasko, a w najlepszym razie na mozolne brnięcie wbrew bezwładności trwania. Równie dobrze mógł dać sobie spokój ze wszystkimi planami i aspiracjami. Z pewnej perspektywy różnica między uporem, a kapitulacją byłaby niemal niezauważalna.

W tym naporze najbardziej irytował go brak konkretnego źródła i przyczyny. Nie chodziło przecież o pracę, bo tę lubił. Nie o żonę, bo tę kochał i nie o dzieci, bo z nimi lubił spędzać czas. Raczej o sumę wszystkich plusów, które nijak nie chciały dać poczucia dodatniego bilansu.

Coraz częściej spoglądał na to dziwne okno po drugiej stronie podwórza, w którym nie tliło się żadne światło, a które mimo to zdawało się emitować jakiś widmowy blask, jak czarne dziury, lśniące promieniowaniem Hawkinga. Wyobrażał sobie drzewo, rosnące między budynkami i sięgające swoimi konarami do jego balkonu oraz tego tajemniczego otworu. Wyobrażał sobie siebie, jak któregoś chłodnego wieczora, oblepiony jesienną mżawką, pełznie po nich do przeciwległej kamienicy i wdrapuje się na tamten parapet. Następnie przerzuca nogi do środka, najpierw jedną, potem drugą, a potem wskakuje do wewnątrz w ślad za nimi. Pochłania go nicość. Drobne kropelki wilgoci opadają na podwórze. Żona wychodzi na balkon, rozgląda się i wraca do mieszkania, rozświetlonego jasnym blaskiem ledowej żarówki, tak intensywnym, że docierającym aż do przeciwległego budynku.

Po drodze nie rośnie żadne drzewo.

Nic się nie wydarzyło.