Pamięć kształtu

Dron kelnerski z okolicznej restauracji wylądował nieopodal na trawie.

– Zamówienie numer czterdzieści siedem – oznajmił ciepłym, damskim głosem.

Piotr wstał powoli, przezwyciężając niechęć i ból głowy. Podszedł do robota, który natychmiast zareagował na jego obecność.

– Witaj, Piotr. Jak się dziś czujesz? – zapytał kurtuazyjnie. – Proszę, podaj kod odbioru – podjął natychmiast, nie czekając na odpowiedź. Najwyraźniej nie interesował go za bardzo dobrostan mężczyzny.

Piotr podał otrzymany wcześniej wraz z zamówieniem ciąg cyfr, a dron zwolnił zaczepy, pozostawiając poddany wielokrotnemu recyklingowi kartonik z posiłkiem. Następnie poderwał się z cichym bzyczeniem i odleciał z powrotem na okoliczne lądowisko. Nad śródmiejskim parkiem krążyły całe stada takich inteligentnych kurierów. Kiedyś ich miejsce zajmowały gołębie. Mężczyzna pamiętał je z dzieciństwa. Pamiętał też, że ich nie lubił. Matka straszyła go, że roznosiły kleszcze. Cóż, w mieście nie było już gołębi. Nie było też kleszczy. W zamian za to były drony. Drony roznosiły posiłki.

Piotr sięgnął po smarta i stuknął w ikonę przywołania. Gdzieś nieopodal jego syn otrzymał sygnał na swojej bransoletce. Wystarczyło zaczekać, aż się zjawi. Być może prościej byłoby po prostu zawołać, ale mężczyzna czuł się zbyt zmęczony, aby podnosić głos.

Ostatnio ciągle tak było.

Nie trwało długo, nim dzieciak wyłonił się z zarośli. Dziarski, choć wątły pięciolatek maszerował szybkim krokiem od strony okolicznego zagajnika, w którym często bawił się ze swymi parkowymi kolegami. Piotr nie lubił kolegów syna i nie lubił, gdy ten chodził buszować w tej gęstwinie. W jej głębi, ukryte przed wzrokiem spacerowiczów, zalegały zniesione przez meneli materace i skrzynie. Za dnia zazwyczaj było tam pusto, gdyż bezdomni wynosili się z kryjówki przed porannym patrolem, by ruszyć w miasto robić cokolwiek, co człowiek nieposiadający pracy ani domu robi, by przetrwać. Wracali wieczorem, gdy park pustoszał. Piotr nie zapuszczał się tam jednak po wieczornym patrolu, a już na pewno nie z synem. Wieczorami pracował. Jednak za dnia z reguły było tu spokojnie i pusto, a niezbyt higieniczną bazę kloszardów nieposłuszne dzieci wykorzystywały w charakterze parku rozrywki. Jednak nigdy nie wiadomo.

Jakby na potwierdzenie tego ryzyka, Piotr zobaczył wychodzących za synem trzech mężczyzn. Wyglądali na blisko trzydzieści lat, choć trudno było to ocenić przez zarost i zaniedbanie. Z całą pewnością byli menelami. Widać to było po zbyt wielu warstwach odzieży jak na tę porę roku i pogodę. Brudnej, wygniecionej i niedobranej. Zbiórkowej. „Lub kradzionej”, pomyślał.

Skrzywił się.

– Panowie by też chcieli obiad, tata – oznajmił Jacek, zbliżając się do ojca. Chłopak robił takie rzeczy. Miał problem z zachowywaniem dystansu i kontaktami międzyludzkimi. Z utrzymywaniem uwagi. Z interpretacją emocji. W opinii Piotra jego syn miał wiele problemów. Spojrzał na chłopca z wyrzutem, a potem podniósł wzrok na podchodzących mężczyzn.

– No, by chcieli – potwierdził jeden z nich. Uśmiechnął się szeroko, ale bez wesołości. Jego oczy pozostały chłodne i czujne. Górną wargę mężczyzny szpeciła rozległa febra. Nie wyglądał na szczególnie krzepkiego, ale Piotr również nie należał do atletów.

– Mamy tylko dla siebie – odparł.

Uśmiech zniknął z twarzy przybysza. Jego kompani rozstawili się nieco po bokach. Tymczasem wtrącił się Jacek:

– A nie możesz kupić więcej?

– Nie mam pieniędzy, synu – odpowiedział Piotr.

Menel parsknął. Chłodny, niewesoły uśmiech ponownie wypełzł na jego twarz. „Jak robak”, przemknęło przez głowę mężczyźnie.

– Jasne. Jasne. Ale chyba nie wierzę. Taki porządny pan i taki elegancki smart. I co? I nie ma pieniędzy? – zapytał bardzo spokojnie tamten.

– Jak chuj. – dodał elokwentnie drugi, śniady i tyczkowaty.

– Ma, tylko nie chce dać. – wydedukował sprytnie trzeci. Mały i korpulentny. W innym kontekście byłby nawet zabawny.

Piotr poczuł, że się spina. Wpompowana do krwi adrenalina przyśpieszyła mu tętno, napięła mięśnie.

– Słuchaj – menel przeszedł na „ty”. – Mały powiedział, że będzie obiad. Miły chłopak. Pokazałem mu, jak wystrugać z kija figurkę. Tym nożem – uniósł fragment kurtki, pokazując rękojeść. – No to jak? Kłamał?

Opcje i możliwości przelatywały przez głowę Piotra jak kadry filmu puszczonego na szybkim podglądzie. Żadna nie wydawała się sensowna.

– Nie kłamał, tylko nie wiedział. – odpowiedział na tyle spokojnie, na ile potrafił.

– Oj. – zmartwił się menel. – No trudno. No nic, takie życie. Ale chyba w takim razie należy się nam jakieś odszkodowanie, nie?

Przybysze podchodzili powoli, napierając. Piotr pożałował, że tak daleko odeszli od parkowych alejek. Teoretycznie opaska biometryczna od smarta powinna powiadomić patrol o możliwym ryzyku. Również teoretycznie w kilka minut od wykrycia zagrożenia powinny pojawić się na miejscu drony rozpoznania Policji Powszechnej. Jednak tylko teoretycznie. Mężczyzna wcale nie miał pewności, czy ten system na pewno działa zgodnie z zapewnieniami. Jakoś nie miał ochoty tego sprawdzać.

Chęć pobycia w samotności miała jednak czasem wady. Pociągnął Jacka do siebie.

– Zostawcie nas w spokoju – warknął, cofając się. Ból głowy zaczynał pulsować coraz bardziej, a serce biło coraz mocniej.

Menele zepchnęli go wraz z synem jeszcze kilka kroków do tyłu. Jeden z nich nachylił się po karton z jedzeniem i zabrał go z trawy.

– Okej, proszę pana – uśmiechnął się ponownie ten, który wyglądał na alfę w stadzie. – W takim razie już sobie idziemy. Co złego, to nie my, prawda? – mrugnął wesoło do Jacka. Tym razem naprawdę wyglądał na ubawionego. – Dzięki za jedzenie.

Odeszli z powrotem do zagajnika. Wraz z nimi odszedł dostarczony posiłek.

Piotr i Jacek wracali do domu w ponurym milczeniu.

– Tata, dlaczego daliśmy im obiad? – spytał chłopiec, ale mężczyzna nie odpowiedział.

– Głodny jestem – spróbował jeszcze raz chłopiec.

– W domu jest pizza. Odgrzeję – wycedził Piotr. Potem spojrzał na syna ze złością. – Musiałeś tam łazić? Ile razy, do ciężkiej cholery, mam ci powtarzać, żebyś nie chodził w te krzaki? Musiałeś ich za sobą przywlec?

Chłopiec zwiesił głowę i podreptał dalej w milczeniu. Piotr miał wrażenie, że pociąga nosem, ale zignorował to. Był zły na syna, siebie i świat, a ból głowy nie odpuszczał. Od ponad tygodnia.


– Piotr, czy ciebie już kompletnie porąbało?

Ala była wściekła. Wściekła w ten zimny sposób, który oznaczał, że jest naprawdę zła. Mógł się domyślić, że Jacek wszystko jej opowie, ale był zbyt zmęczony i głowa zbyt mu dokuczała, by uprzedzić ten fakt. Poza tym po prostu zapomniał. Po powrocie do domu położył się na chwilę, a potem go odcięło. Zapomniał nawet odgrzać synowi pizzę. Mały najadł się orzechów i czekolady. Potem je oczywiście wyrzygał. Standard. Oprócz problemów osobowościowych miał też problemy z trawieniem. Posiłek dała mu dopiero Ala po powrocie z pracy i doprowadzeniu chłopaka do porządku.

– Okej, dlaczego mnie? Sam się napadłem? – odparł.

– Rozmawialiśmy już o tym kiedyś. To jest park śródmiejski, nie grodzony czy prywatny. Zgadzam się, za dnia jest tam w miarę bezpiecznie, ale sam widzisz, że są wyjątki. A ty musisz się oczywiście pchać gdzieś z dala od ludzi. Nie możesz posiedzieć z synem na placu zabaw, jak inni rodzice?

Wiedział, że ma rację, ale go wkurzała. Nie lubił, kiedy żona miała rację. Może dlatego, że z reguły tak było.

– Inni rodzice mnie drażnią, Ala. Wiesz, że nie lubię tłumu.

– Ciebie wszystko drażni. Ja cię drażnię, Jacek cię drażni, najchętniej byś siedział w tych swoich programach albo grach.

Nie było to bardzo odległe od prawdy.

– Nie drażnicie mnie. – zaprotestował. Mało przekonująco Sam siebie nie przekonał.

– Chyba jednak drażnimy. – rzekła kobieta. Na dłuższą chwilę zawiesiła na nim wzrok. Oczy miała nieprawdopodobnie zielone. Kiedyś bardzo to lubił. Lubił patrzeć w te oczy i widzieć w nich radość. Ostatnio jednak widział głównie zmęczenie i irytację. Źródłem zmęczenia była najpewniej jej praca. Źródłem irytacji on sam. – Jacek mówił, że to jemu się oberwało za tą całą sytuację. To prawda Piotr? Obwiniłeś syna?

Poczuł wzbierającą złość.

– Do jasnej cholery, tysiąc razy mu mówiłem, żeby nie łaził w te krzaki. Jakby siedział na trawie ze mną, to nic by się nie stało.

– On ma pięć lat! – wycedziła Ala. – Pięć! Ty trzydzieści pięć i jesteś jego ojcem. To ty jesteś odpowiedzialny za to, gdzie on chodzi. Nie on. Ale ciebie ciągle nie ma, nawet jak jesteś. Nic nie gadasz, wciąż o czymś myślisz, nie odpowiadasz na pytania. On się chce z tobą pobawić, a ty nawet go nie widzisz. Jakby miał rodzeństwo… – urwała, jakby udławiła się nagle złością. Albo raczej jakby ta złość nagle zapadła się w sobie i zmieniła w coś innego. Wiedział w co. Ala odetchnęła głęboko i podjęła cicho: – Ale nie ma i nie ma tu o czym gadać. To, że mieliście nieprzyjemną przygodę, to jedno. Ale to, że zwaliłeś winę na niego… Sprawiłeś mu przykrość, Piotr. I mi też.

W ciszy, która zapadła, słychać było skapujące powoli sekundy.

– I co, nie powiesz nic? – zapytała po chwili.

– Głowa mnie boli – odpowiedział. Raz, dwa, trzy. Kap, kap, kap. Chwila za chwilą.

– Nie, nie mogę – westchnęła Ala, po czym wstała i wyszła. A on został. Sekundy dalej skapywały sobie nieśpiesznie. Gęste i tłuste.


Piotr poczuł, że nogi miękną mu w kolanach. Gdyby nie siedział, zapewne właśnie by się przewrócił, jednak lekarz, zasiadający gdzieś po drugiej stronie wideopołączenia, był na tyle przewidujący, że poprosił o zajęcie zawczasu wygodnej pozycji.

– Ile? – zapytał Piotr. Jego głos zabrzmiał dziwnie głucho i bezdźwięcznie.

– Trzy miesiące. Może pół roku.

– Pół roku.

– Maksymalnie. Niestety, tak. – lekarz pokiwał smutno głową. – Bardzo mi przykro, że muszę przekazać panu taką diagnozę. Guz jest bardzo duży i nieoperacyjny. Mówiąc obrazowo, zapuścił macki tak głęboko, że nie da się go stamtąd usunąć, nie zabijając przy okazji pana. Terapia genowa, niestety, nie zadziała w tak zaawansowanym stadium. Podobnie limfocytowa. Nie wspominając o starej chemioterapii czy radioterapii.

– Ale przecież nowotwory są już uleczalne – zaprotestował słabo Piotr.

– Wiele z nich tak, jednak nadal nie wszystkie. Ludzie myślą, że rak to jakaś jedna jednostka chorobowa, niezależnie od typu, lokalizacji czy patogenezy. Tak niestety nie jest. Każdy rodzaj nowotworu jest odrębną chorobą. Dzięki terapiom genowym czy treningowi limfocytowemu faktycznie wiele z nich nie jest już tak groźnych, jak dawniej. Nie mniej, nowotwory wątroby, trzustki czy mózgu to nadal, w znacznej mierze, wyrok. Szczególnie mózgu, niestety. Zbyt skomplikowany narząd.

Lekarz miał na oko pięćdziesiąt lat, choć mógł też być dobrze utrzymanym siedemdziesięciolatkiem. Żuchwę miał ostro zarysowaną i kształtną, a szpakowate włosy zaczesane elegancko na bok. Kojarzył się z podstarzałym esesmanem ze starych filmów wojennych.

– Nie pociesza mnie pan.

– Przepraszam. Nie chcę panu dawać złudnych nadziei. Źle to brzmi, zgadzam się. Ale nie wynika ze złych intencji. I niech pan nie wierzy rozmaitym szarlatanom, którzy będą próbowali pana leczyć kurkumą, witaminami czy kuracją kwantową. Dietą i witaminami nie wyleczy pan raka. To się sprawdza jedynie jako rodzaj profilaktyki przed zachorowaniem, nie po. A kuracja kwantowa to brednie, jakich mało.

– A ta chińska metoda? – zapytał Piotr w przebłysku nadziei.

– Oj, nie idźmy tą drogą – uciął lekarz. – To nielegalne i nieetyczne.

– Widzi pan, doktorze, kilkadziesiąt lat temu legalna aborcja była przedstawiana jako nieetyczna. Teraz nieetyczny jest zakaz przerywania ciąży. Z tą etycznością to śliska sprawa.

– Za to z prawem jest prościej. – zripostował zdecydowanie lekarz. – Metoda nanorekonstrukcyjna jest nielegalna wszędzie, z wyjątkiem Chińskiej Rozszerzonej Republiki Ludowej. To pogwałcenie międzynarodowych umów, nie pierwsze z resztą, jakich się Chiny dopuściły. Bo kto potężnemu zabroni? Ale w całej reszcie świata jest to zakazane.

– Jednak zdobycie wizy do Chin nie jest przecież niemożliwe – zauważył Piotr.

Lekarz zamilkł. Potarł nasadę nosa, patrząc przez chwilę gdzieś w bok, poza kadr kamery, jakby w którymś z bocznych wątków szukał odpowiedzi na zadanie nie wprost pytanie. Wreszcie spojrzał Piotrowi prosto w oczy.

– Panie Piotrze, jak pana w zasadzie rozumiem. Więc powiem panu teraz szczerze, jak człowiek człowiekowi. Czytałem o tej metodzie dość dużo i interesowałem się nią na tyle wnikliwie, na ile da się poza ChRRL. Niech pan tego nie robi. To prawda, że to działa i że terapię przeżywają pacjenci nawet z bardzo zaawansowanymi, nieuleczalnymi w inny sposób nowotworami. Tylko że przeżywają ją, jakby to ująć, obiektywnie. Subiektywnie… to są już inni ludzie. O ile w ogóle ludzie.

W ciszy, która zapadła, Piotr niemal słyszał tępy, pulsujący ból wewnątrz swojej czaszki. Ból, który nabrał dla niego bardzo konkretnej formy i kształtu – obcego, mackowatego intruza, infiltrującego jego tkankę nerwową. I mimo że nie miał jeszcze czasu się zastanowić, wiedział już, że decyzja zapadła.

– Dziękuję, doktorze – powiedział głucho. – Bardzo mi pan pomógł.

Lekarz próbował coś jeszcze odpowiedzieć, ale Piotr nie usłyszał odpowiedzi, gdyż rozłączył transmisję.


– Pamiętaj o pamiątkach!

Koledzy i koleżanki z pracy pomachali mu na pożegnanie i wyszli z biura. Pozostał tylko on oraz Maks, CEO jego firmy. Szef, ale też trochę kolega sprzed czasów, gdy awansował.

Piotr zaczął zbierać kubeczki, serwetki i tacki.

– Wiesz, że nie musisz. Asma i Agata posprzątają. Kazałem im dziś przyjść później, wiedziałem, że trochę posiedzimy. W końcu nie co dzień wysyłamy człowieka w delegację do chińskich kolegów. Nawet, jeśli to fałszywa delegacja – Maks mrugnął porozumiewawczo.

Piotr uśmiechnął się półgębkiem. Czuł się dość dobrze, leki przeciwbólowe trzymały go w jako takiej formie. Wziął dziś takie, które pozwalały wypić trochę alkoholu. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, ale nowe generacje farmaceutyków powodowały znacznie mniej efektów krzyżowych.

Piotr i Maks robili w gamedevie od połowy studiów. Ich kariera zawodowa przebiegała bardzo podobnie, jednak Maks był nieco bardziej utalentowany i znacznie bardziej obrotny. Dlatego też, gdy obaj zahaczyli się w krajowym oddziale znanego, chińskiego dewelopera gier, Maks szybko wspiął się po szczeblach kariery na sam szczyt, zostając szefem tutejszego studia. Piotr również znacznie awansował, jednak dobrnął tylko do poziomu seniora. To zbudowało pomiędzy nimi pewien dystans, mimo że żaden z nich świadomie do tego nie dążył. Po prostu, jakoś tak wyszło. W życiu czasami tak właśnie wychodzi – jakoś.

Nie mniej, gdy trzy tygodnie temu Piotr przyszedł poprosić Maksa o zorganizowanie delegacji do Chin, gdy wyłożył karty na stół, dystans znikł natychmiast, jakby wcale go nie było. Piotr nie poczuł przy tym nawet cienia litości ze strony kolegi. Maks po prostu natychmiast zaczął działać, jakby umożliwienie umierającemu koledze wyjazdu do Chin na nielegalną poza ich granicami terapię było najzwyklejszą rzeczą, którą się czasami robi. Po trzech dniach sytuacja była zorganizowana, Piotr faktycznie przez pierwsze dwa dni miał odbyć kilka spotkań i wziąć udział w szkoleniu, jednak pozostałe dziesięć pozostało wolnych, aby mógł udać się do kliniki w Shenyang.

– Dzięki, Maks. Chcę zająć czymś ręce. Od czasu diagnozy muszę wciąż czymś zajmować ręce. Jak nic nie robię, dostają na głowę – Piotr uśmiechnął się krzywo. – Nomen omen.

– Jasne, sprzątaj. Dziewczyny pewnie docenią, że nie zastaną tu chlewu. Po ostatniej firmowej nasiadówce nie miały lekko.

– Nie miały – przyznał Piotr, przypominając sobie popijawę sprzed dwóch miesięcy. Miał po niej solidnego kaca, głowa niemal mu pękła na pół, a potem nie chciała przestać ćmić i pulsować przez kolejne dni, co skłoniło go w końcu do skonsultowania się z lekarzem. Mężczyzna posegregował śmieci i wrzucił do odpowiednich pojemników, po czym przysiadł na blacie biurka i spojrzał na Maksa. – Posłuchaj, jeszcze raz ci dziękuję za tą całą akcję. Jesteś naprawdę zajebistym organizatorem. Jak nie miałem wiary, że to się da zrobić.

Maks uśmiechnął się nieznacznie. Chciał coś odpowiedzieć, ale Piotr uniósł dłoń.

– Ale mam do ciebie jeszcze jedną małą prośbę. Jeśli Ala z jakiegoś powodu pytałaby o szczegóły, to powiedz jej to samo, co innym. Że jestem w delegacji.

Maks spoważniał, uniósł brew.

– Nie powiedziałeś jej? – spytał.

Piotr pokręcił głową.

– Nie. Niech nie wie. Niech się nie martwi. Co to zmieni? Jeśli się uda, to może nawet nie zauważy. Mamy rozdzielność majątkową, nie wie, że wybrałem prawie wszystkie oszczędności i wyprzedałem wszystkie swoje akcje. Zresztą nie wiedziała nawet, że je kupowałem. Poza tym, to nielegalna terapia. Jeszcze się naczyta, spanikuje… Maks, jestem po prostu w delegacji, tak? Szczęśliwy traf, zgadza się?

Maks przyglądał mu się dłuższą chwilę. Piotr wiedział, że to dla niego trudne. Również znał Alę, znał ją nawet dłużej, niż jego. Nie przyjaźnił się z nią, ale jakby nie patrzeć była jego starą, dobrą znajomą, a Piotr prosił go, aby ją okłamał. Jednak musiał. Nie wyobrażał sobie, że mówi żonie, co naprawdę się dzieje. Chciał ją przed tym ochronić. Chyba tak właśnie pojmował miłość.

– Jasne – potwierdził wreszcie. – Nic jej nie powiem. W końcu nie jedziesz jej zdradzać ani nic w tym stylu. Nie mniej… Cholera, to trochę szalone, że jej nie powiedziałeś.

Piotr kiwnął głową. Uśmiechnął się słabo.

– Wiem. Widzisz, jadę dać sobie wpuścić do głowy coś, co jeszcze dziesięć lat temu było w domenie science-fiction, aby potem praktycznie wytłuc swoje własne synapsy razem z nowotworem. To wszystko jest trochę szalone. Nie uważasz?


Chiny były państwem przyszłości. Można było polemizować z tą tezą, gdy było się daleko. Zachód mógł się puszyć swoimi kolejkami próżniowymi, generatywnymi inteligencjami, piętnastominutowymi miastami czy arkologiami, rosnącymi od dziesięcioleci w sercach stolic, jednak to chińskie miasta wyglądały tak, jak futurystyczne metropolie w kinematografii science-fiction początków XXI wieku. Poza tym, Zachód kwitł dlatego, że Chiny potrzebowały runku zbytu.

Piotr mknął kapsułą aerometra na linie magnetycznej podwieszonej piętnaście pięter nad ziemią. Potem wyszedł na przystanku przesiadkowym, zjechał przestronną, przeszkloną windą na ziemię i wsiadł do chińskiej wersji kolejki próżniowej, która pomknęła z prędkością bliską prędkości dźwięku do Shenyang. Tam ponownie zmienił środek transportu i przesiadł się do autonomicznej taksówki, która z cichym szumem elektrycznego silnika zawiozła go wprost do kliniki. Zagadywała go przez chwilę nienaganną polszczyzną, nim sztuczna inteligencja zorientowała się, że nie jest w nastroju do rozmowy.

Wszystko to odbywało się w nieprawdopodobnym wprost tłumie ludzi. Tłok w chińskim wydaniu redefiniował pojęcie, do którego Piotr nawykł przez całe swoje wcześniejsze życie. Był przytłaczający i dezorientujący, szczególnie dla kogoś, kto – jak on – stronił od ludzi. Wszyscy pędzili gdzieś w swoją stronę, ale zarazem wydawali się jakoś organicznie uporządkowani. Z przejrzystymi, antyseptycznymi maseczkami na twarzach, które od lat stanowiły nieodzowny element ulicznej odzieży, wydawali się elementami jednego, inteligentnego tworu. Wrażenie potęgowała usługująca im technologia, bazująca na udoskonalanych od lat systemach AI opartych na punktacji społecznej oraz rozpoznawaniu twarzy i wzorców behawioralnych. Chińczycy nie musieli nic robić. Drzwi same się przed nimi otwierały, produkty same uiszczały należność w sklepach, reklamy oraz tafle informacyjne automatycznie dostosowywały treść. Piotr czuł, jak bardzo odstaje od ogółu, ze swoją elektroniczną wizą, oprawioną w elegancką, minimalistyczną bransoletkę, którą musiał unosić na wysokość głowy, ilekroć potrzebował skorzystać z jakiejś usługi. Zapewne dałoby się zorganizować to inaczej. Domyślał się, że system równie dobrze mógł odczytywać dane z czipa wizy bez tego teatralnego gestu, jednak był przekonany, że Chińczycy zrobili to specjalnie. Gość miał czuć się tu tylko gościem. Ciałem obcym. Tolerowanym z uprzejmą wyższością przez morderczo precyzyjny państwowy system immunologiczny.

Piotr widział, jak mieszkańcy Państwa Środka patrzą na niego z dobrotliwym politowaniem. Miał jednak wrażenie, że gdzieś tam jest też domieszka zazdrości. Bez swego scoringu, poza wszechobecnym Spojrzeniem – Shìxiàn – był tu upośledzony, ale zarazem wolny.

A przynajmniej na tyle wolny, na ile dało się być we współczesnym świecie.

Recepcja w Klinice również była w połowie zautomatyzowana, jednak tu Piotr nie musiał unosić swej bransolety, aby autoryzować czynności, a napisy informacyjne były również w językach rosyjskim i angielskim. Rozterki etyczne najwyraźniej nie nadwątliły znacząco wśród obcokrajowców popytu na nielegalne terapie.

Lekarz, który go przyjął, był niewysokim, przystojnym mężczyzną wyglądającym na trzydzieści lat. Kogoś mu przypominał, ale nie potrafił dokładnie określić, kogo. W elegancko skrojonym kitlu z dwubarwnym logo Kliniki na piersi, prezentował sobą zarówno naukową kompetencję, jak i biznesową rzutkość. Po krótkim przywitaniu, które smart Piotra w locie przetłumaczył na język polski, wskazał mu dłonią fotel, sam zaś zasiadł za biurkiem na krześle z groteskowo wysokim i strzelistym oparciem, wygiętym w kształt przypominający nieco podwójną helisę. Piotr szybko zrozumiał zamysł architekta. Mimo że to on siedział w wygodnym fotelu, czuł się nieco przytłoczony osobą lekarza, który na swym niecodziennym krześle sprawiał wrażenie nie tyle medyka, ile maga. „Lub szarlatana”, pomyślał.

– A zatem? Jest pan gotowy? – zapytał.

– Chyba nie do końca – odparł Piotr. – Proszę mnie nie zrozumieć źle, jestem zdecydowany i nie wycofuję się. Nie ma mowy. Ale gotowy? Nie. – Uśmiechnął się nerwowo. – To trochę przerażające. Przyzna pan?

– Przyznałbym, gdybym nie znał naukowych podstaw tej terapii. – Odparł zdecydowanie chiński lekarz. – Medycyna zrobiła niesamowity, magiczny wręcz skok w minionych dziesięcioleciach. Już odkrycie technologii CRISPR-Cas9 było rewolucyjne, ale to, do czego doszliśmy potem, kiedyś naprawdę zakrawałoby na czary. Najlepszym dowodem, że nawet świadomym i wykształconym pacjentom wydaje się to niesamowite.

– Nie tylko nim. To znaczy nam – poprawił się Piotr. – Na Zachodzie metoda jest przecież uznana za nielegalną z przyczyn etycznych. Mówi się, że to praktycznie forma eutanazji.

Lekarz roześmiał się perliście i szczerze.

– Zachód za dużo myśli. – odparł. – Tak już było wówczas, gdy pojawiła się realna możliwość inżynierii genetycznej. Nie tej początkowej, która przypominała składanie origami koparką, ale tej właściwej, która rozwinęła się w oparciu o CRISPR-Cas9. Nagle leczenie takiej dla przykładu anemii sierpowatej czy dziesiątek innych genetycznych chorób, ba, nawet AIDS, okazało się jak najbardziej możliwe. Możliwe okazało się też naprawienie całej linii genetycznej tak, aby dzieci wyleczonych pacjentów również nie chorowały. Jednak co zrobił Zachód? – lekarz zawiesił głos w dramatycznej pauzie. – Zachód zaczął debatować. Komisje etyczne zaczęły się zastanawiać, czy tak wolno, czy należy, jakie mogą być dalekosiężne skutki. I tak dalej. A pacjenci cierpieli i umierali. A wie pan, co zrobiliśmy my?

– Wiem. Ogłosiliście, że wyedytowaliście genetycznie bliźnięta, aby były odporne na HIV. I rzeczywiście były.

– Tak właśnie zrobiliśmy. A potem zrobiliśmy wiele więcej. Niech mnie pan źle nie zrozumie. Dalekosiężne skutki edycji genów, ryzyko powstania arystokracji genetycznej czy liberalnej eugeniki, rozmaite etyczne dylematy – to ciekawe zagadnienia dla filozofa. Sam chętnie czytuję bioetyków dla zabicia czasu, choć nie mam go wiele do zabijania. Ale my nie jesteśmy filozofami. Jesteśmy lekarzami. Mamy przede wszystkim nie szkodzić i nie szkodzimy.

Lekarz rozparł się wygodnie w fotelu. Przedramiona miękkim gestem ułożył na podłokietnikach. „Drań jest przekonujący”, pomyślał Piotr.

– Jeśli już o tym mowa… Będę z panem szczery. Mój lekarz bardzo odradzał mi tą terapię. Sam również dokonałem pewnych poszukiwań, mimo że wy, Chińczycy, dobrze strzeżecie swoich tajemnic. Nie mniej, dotarłem do informacji, że skutki uboczne… Są, no, jakby to powiedzieć. Że wcale nie są uboczne.

Lekarz, potarł skronie, po czym pochylił się w stronę Piotra i oparł łokcie na stole. Splótł palce dłoni i wsparł na nich brodę.

– Mam wrażenie, że się rozumiemy, więc też będę z panem szczery. Tak, są skutki uboczne, ale to nie są skutki uboczne metody nanorekonstrukcyjnej, tylko nowotworu. Rak zjada pana mózg, guz rozrasta się, pochłaniając kolejne połacie nauronów. Guza trzeba więc zabić, co można zrobić na przykład trenując odpowiednio limfocyty T. Można to było zrobić już starą chemioterapią, choć przypominało to strzelanie do komara z moździerza. Ale co z neuronami, które pochłonął guz? Cóż, nie ma ich. Dawniej było to nieodwracalne, dlatego rozrost nowotworu prowadził bezpośrednio do śmierci pacjenta. Jednak nanorekonstrukcja pozwala na bieżąco odbudowywać strukturę mózgu, choć nie z komórek opartych o DNA, a z syntetycznych nanocząstek. Nieobeznani mówią, że mamy tu do czynienia z jakimiś nanobotami, ale to zupełnie nie tak. Nie jesteśmy w stanie konstruować inteligentnych układów w takiej nanoskali. Jeszcze nie. Zatem, to nie nanoboty, tylko raczej syntetyczne komórki, będące zamiennikami neuronów, oparte, w pewnym uproszczeniu, o inną biochemię. Dlatego nie ma ryzyka, że nowotwór zacznie je również infekować. Wróćmy jednak do skutków ubocznych. To nie nasza metoda nanorekonstrukcyjna jest ich przyczyną. Przyczyną jest postępujące zajmowanie mózgu pacjenta przez raka. Dawniej, w którymś momencie, człowiek po prostu umierał. Dzięki naszej terapii nie umiera. Nowa, syntetyczna struktura nerwowa zastępuję utracone neurony, umożliwiając dalsze funkcjonowanie. Nie ma przy tym znaczenia, jaki procent naturalnej tkanki nerwowej pochłonie choroba. Proteza jest w stanie zastąpić nawet cały organ. Pacjenci doświadczają, naturalnie, rozmaitych problemów. Jednak żyją. Pan również może żyć. Po to pan tu przecież jest. Mam rację?

– No właśnie. Mój lekarz uważa, że to już nie będę do końca ja… – podjął Piotr.

Lekarz przyglądał mu się przez chwilę sponad splecionych dłoni. W końcu uniósł palec, jakby wpadł mu do głowy znakomity pomysł.

Mòyán, nǐ néng guòlái yīxià ma? – rzucił w przestrzeń. Pozornie. Kilka sekund później drzwi gabinetu uchyliły się bowiem i do środka weszła drobna, dość ładna kobieta. Ubrana była w elegancki uniform w firmowych barwach. Po siateczce drobnych zmarszczek można było zgadywać, że miała około czterdziestu lat.

– To Moyan, jedna z moich asystentek – przedstawił lekarz. Kobieta uśmiechnęła się lekko i delikatnie skłoniła głowę. – Moyan, czy mogłabyś powiedzieć panu, co wczoraj robiłaś?

– Cóż, nie było to nic ciekawego – odparła, uśmiechając się uprzejmie. – Rano odprowadziłam córkę do szkoły, potem przyszłam do pracy. Dzień był intensywny, ale całe szczęście zdążyłam wywiązać się z obowiązków do wieczora. Odebrałam córkę z zajęć pozalekcyjnych i poszłyśmy na kolację oraz do kina. Nie powinnyśmy tego robić, bo jest dzień powszedni, ale już dawno miałyśmy świętować jej zaległe party imieninowe. Z premii społecznej mogłam odebrać trzy godziny zaległego wolnego. Wypadło więc wczoraj. Potem wróciłyśmy do domu i położyłyśmy się spać. Jak sam pan słyszy, to był dość zwyczajny dzień.

Moyan zamilkła. Lekarz spojrzał Piotrowi prosto w oczy.

– Pani Moyan przeszła terapię dwa lata temu. Była w gorszym stanie, niż pan. Późne rozpoznanie. Mimo to jest dziś zupełnie zdrowa. Może świętować z córką zaległe imieninowe party. Czy odczuwa skutki uboczne? Oczywiście. Moyan?

Kobieta skinęła głową i podeszła do szafki w rogu gabinetu. Wyjęła ze środka dwa przedmioty, po czym wróciła do biurka.

– To skalpel oraz spray dezynfekcyjno-koagulujący – wyjaśnił lekarz. Piotr przenosił spojrzenie to na niego, to na asystentkę. Czuł się wyraźnie skonsternowany.

Pani Moyan wyjęła skalpel z antyseptycznego opakowania.

– Na co dzień nie zauważam, że coś się zmieniło – zagaiła kobieta. – Nie mniej, czasami nie da się nie dostrzec, że jestem obecnie nieco inna, niż przed terapią.

Uniosła do góry dłoń, jak w geście pozdrowienia, po czym jednym szybkim, zdecydowanym ruchem przebiła ją sobie na wylot od wierzchu po wnętrze. Piotr wciągnął gwałtownie powietrze patrząc na lśniącą, srebrną końcówkę skalpela, pokrytą cienką warstewką krwi.

Pani Moyan równie szybkim i pewnym ruchem wyciągnęła ostrze z dłoni, po czym spryskała obie strony sprayem. Następnie otarła dezynfekcyjną chusteczką pojedyncze kropelki krwi, które zdążyły wydostać się z rany.

Całe zajście potrwało około dwudziestu sekund i odbyło się w absolutnej ciszy. Piotr poczuł, że wstrzymuje oddech. Wypuścił powoli powietrze z płuc.

– Pani Moyan nie czuje bólu – wyjaśnił lekarz. – A raczej, czuje, ale potrafi go całkowicie ignorować, jakby był jedynie niezbyt dokuczliwą niedogodnością. Czy jest przez to inną osobą? Zapewne tak, do pewnego stopnia. Ale czy coś traci?

– Traktuję to raczej jak swego rodzaju supermoc – uśmiechnęła się kobieta, po czym spojrzała na lekarza. Ten dał jej sygnał do odejścia. Skłoniła się zatem Piotrowi i wyszła z gabinetu, równie spokojnie, cicho i dyskretnie, jak wcześniej do niego weszła.

Piotr i lekarz spoglądali na siebie w milczeniu przez około pół minuty.

– Pani Moyan już to robiła. – rzekł wreszcie lekarz, uśmiechając się szeroko. – To takie małe przedstawienie dla pacjentów takich, jak pan. Którzy są już zdecydowani, ale potrzebują jakiejś formy dowodu. To, oczywiście, nie jest prawdziwy dowód, gdyż nie może pan sprawdzić faktów. Musi mi pan więc uwierzyć mi na słowo, że to absolutna prawda. Pani Moyan dwa lata temu nieomal umarła na glejaka wielopostaciowego. Poddała się terapii. Jej nowej wersji. I teraz żyje. Z supermocą.

Lekarz spoglądał na niego z łagodnym uśmiechem i Piotr skojarzył wreszcie, kogo mu przypomina. Wyglądał kubek w kubek jak Bruce Lee, mistrz sztuk walki ze starych dwudziestowiecznych filmów. Bruce Lee w kitlu.


Dzień był jasny i dżdżysty. Siąpiło, lecz jasne promienie słońca tu i ówdzie przeszywały cienki woal deszczowych chmur. Gdzieś lub skądś pewnie było widać tęczę, jednak na pewno nie spod rozlicznych wysokościowców, strzelających w górę na pół kilometra niczym wzniesiony ludzką ręką stalowo-szklany las. Odbijane od gładkich tafli światło tworzyło natomiast innego rodzaju spektakl, rozświetlając wilgotne powietrze feerią migotliwych powidoków.

Dǎrǎo yīxià, wǒ kěyǐ guòqù ma? – usłyszał zza siebie Piotr. Słowa wyrwały go ze stuporu. Odwrócił się. Młoda kobieta spoglądała na niego z pytającym wyrazem twarzy. – Kěyǐ ràng wǒ guòqù ma? – powtórzyła i poprawiła przewieszoną przez ramię torbę.

Wówczas zorientował się, że stoi w drzwiach, blokując wyjście z kliniki.

– Bardzo przepraszam. – wymamrotał, odsuwając się na bok.

Kobieta uśmiechnęła się nieśmiało i minęła go. Zbiegła ze schodów i ruszyła alejką prowadzącą ku ruchliwej ulicy Shenyang przez dziedziniec instytutu. Odprowadzały ją szpalery soczyście zielonych miłorzębów. Piotr odprowadzał ją wzrokiem, gdy truchtała w drobnym deszczu, przesłaniając włosy torebką. U kresu alejki, na skraju jezdni, czekała na nią autonomiczna taksówka. Kobieta wsiadła do niej. Chwilę później pojazd odjechał, płynnie włączając się w buzujący uliczny ruch.

Mężczyzna spojrzał na smarta. Jego kolejka próżniowa do Pekinu odjeżdżała z ponad trzy godziny. Odczuwał lekki głód, nade wszystko jednak miał ochotę po prostu się przejść. Bez celu i bez uwarunkowań.

Wolnym krokiem zszedł ze schodów, za jedyny bagaż mając swój lekki plecak. Kropelki słabnącego deszczu osiadały mu na twarzy i karku. Ignorował je. Smugi słonecznego blasku coraz śmielej przeszywały warstwę chmur. Przenikając przez korony miłorzębów, rzucały na alejkę niewyraźne, rozedrgane cienie.

Piotr dotarł do ulicy i dał się porwać strumieniowi ludzi.

Otaczający go gwar zlewał się w jednolity szum tła. Dawał złudną anonimowość i poczucie wolności. Mężczyzna wiedział, że w istocie wszystkich przechodniów śledzą miriady kamer i sensorów. Było mu to jednak obojętne. Co więcej, odczuwał rodzaj spokoju wynikający ze świadomości, że w tym państwie totalnej kontroli nie grozi mu raczej żadna przypadkowa przykrość ze strony innych ludzi. Ci zresztą mijali jego i siebie nawzajem jak ryby w ławicy, wiedzeni jakąś formą szóstego zmysłu.

Wysokościowce pięły się ku niebu niczym świetliste termitiery. Pod tym względem przypominały nieco europejskie arkologie, choć były od nich zdecydowanie mniejsze. Było ich jednak tak wiele! Pomiędzy nimi lśniły dziesiątki ekranów reklamowych i wyświetlaczy wielokierunkowych. Tu i tam mężczyzna dostrzegał nawet barwne hologramy. Wysoko nad głowami przechodniów krzyżowało się mrowie kładek i łączników, pozwalających na przechodzenie z budynku do budynku bez konieczności wychodzenia na ulicę. Wysoko nad ruchem ulicznym sterowce reklamowe i serwisowe przepływały cicho pomiędzy gmachami niczym technologiczne walenie. Życie toczyło się szybko i wielopoziomowo. Piotr jednak dryfował spokojnie i bez pośpiechu. Kupił uliczną przekąskę w kolorowym kartoniku, skosztował ją i wyrzucił, nie mogąc znieść poziomu ostrości. Kupił więc następną, określaną jako łagodną i tę udało mu się spożyć do końca. Popił słodką, upiornie różową lemoniadą. Od czasu do czasu kontrolował godzinę na swym smarcie. Czas płynął powoli. Czas dawał mu czas.

W którymś momencie dotarł do nieco bardziej otwartej przestrzeni, na której zorganizowano kilkupoziomowy park. Tarasy układały się półkoliście w formie amfiteatru okalającego rozległy trawnik z siecią alejek, ławeczek i starannie przyciętych drzewek. W jednej części placu grupa osób ćwiczyła tai chi, powolnością wykonywanej formy kontrastując z oblewającym ich zamętem. Alejką kroczyła grupa przedszkolaków, dyscyplinowanych przez trzy opiekunki. Dzieci, odziane w jednolite mundurki z ożywieniem pokazywały palcami w górę. Tam natomiast unosiło się kilkanaście barwnych latawców. Smoki, ptaki oraz demony. Puszczał je starszy mężczyzna w niebieskiej dżinsowej kurtce z napisem Billy Idol. Piotr uznał, że to zabawne. Jego uwagę zwrócił też sposób wypuszczania latawców. Billy Idol wydobył z kosza niewielką kuleczkę przymocowaną do cienkiej linki przypominającej światłowód. Umieścił taki bolid w czymś przypominającym pistolet na race, po czym wystrzelił go wysoko w powietrze. Po osiągnięciu odpowiedniego pułapu ziarno w mgnieniu oka rozwinęło się w docelowy kształt – biały żuraw dumnie rozpostarł skrzydła trzydzieści metrów nad głowami zgromadzonych w parku osób.

– Jak pan to zrobił? – zapytał Piotr za pośrednictwem swojego smarta. Mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie i wskazał na pistolet, z którego biegła ku żurawiowi cieniutka, pseudoświatłowodowa nić.

– Pamięć kształtu. – wytłumaczył. – Latawiec jest z inteligentnego stopu. Można go zagnieść i zwinąć. Staje się zbity i zwarty jak duża kulka śrutu. Ale jeśli wciśniemy tutaj, wówczas impuls elektryczny przywraca go do właściwej formy. – dokończył i pokazał Piotrowi działanie mechanizmu.

– Sam pan je zrobił?

Billy Idol roześmiał się.

– Ależ skąd. Można je kupić.

Piotr uniósł brew.

– Naprawdę? Gdzie?

– Na przykład tam. – odparł mężczyzna, wskazując kierunek.

– Fascynujące. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. U nas tego nie ma. Chętnie kupię. Dla syna. Potrzebuję jakiegoś pozwolenia? To nie jest żadna tajna technologia?

Billy Idol ponownie wybuchnął śmiechem.

– To zwykła zabawka. Ta technologia może dużo, dużo więcej, ale to, co pan tu widzi, to jej bardzo podstawowe zastosowanie. Każdy może takie mieć. Wystarczy, że ma pan pieniądze. O resztę niech pana głowa nie boli.

Piotr skinął głową.

– Bardzo dziękuję, pieniądze mam. I nic mnie nie boli, a już na pewno nie głowa. – odparł.


Biuro było już niemal puste. Pojedyncze osoby z najbardziej zapracowanych zespołów zbierały się powoli do wyjścia. Przez liczne, wysokie okna do wnętrza wpadał przygasający, czerwonawy blask zmierzchu.

Piotr pracował dziś stacjonarnie. Ala zabrała Jacka w odwiedziny do babci, on natomiast wymigał się pracą. Domy seniora go przygnębiały. Choćby nie wiadomo jak nowoczesne, nie były w stanie pozbyć się tego nieokreślonego zapachu starości, schyłkowości, zapowiedzi końca. Być może śmierć nie pierze skarpet, a ta dziwna woń to właśnie pamiątka po jej sporadycznych wizytach.

Ostatnio nie miewał żadnych zaległości w pracy. Ani on, ani jego zespół. Kilka wprowadzonych w minionym roku zmian organizacyjnych znacznie poprawiło przepływy pracy zarówno pomiędzy pracownikami, jak i w odniesieniu do kohort pracujących dla nich sztucznych inteligencji. Dwa miesiące temu Piotr dostał nawet na urodziny prezent ze specjalną dedykacją dla super lidera, nie od Maksa, ale od własnego zespołu. Zastanawiało go, dlaczego wcześniej nie wpadł na pomysł usprawnień. Być może był zbyt przemęczony, zbyt negatywnie nastawiony do ludzi i poirytowany. Z perspektywy czasu wydawało mu się to niemal niepojęte.

– Jeszcze zostajesz? – dobiegło go pytanie Maksa. Obejrzał się. Jego kolega i szef wychodził właśnie ze swego pokoju. Mimo modnej, kolorowej i zbyt młodzieżowej koszulki wydał mu się nagle stary. Może przez siwiznę, która ostatnio przyprószyła mu skronie, a może przez niewielki brzuszek, który zarysował się na jego wytrenowanej dotąd sylwetce. „Czy ja też wyglądam już staro?”, przemknęło mu przez głowę. Nie czuł się staro. Czuł się w sam raz.

– Jeszcze posiedzę. – odparł. – Ale już niedługo. Kończę porządkować repozytorium i zbieram się do domu.

Maks kiwnął głową i podszedł bliżej.

– Rodzina wyjechała, prawda? – zagadnął, a Piotr przytaknął pamiętając, aby się nieznacznie uśmiechnąć. – Tak myślałem. Dbasz o nich ostatnio.

Mężczyzna zastanowił się. Faktycznie, coś się zmieniło. Był lepiej zorganizowany, niż wcześniej, dzięki czemu zostawało mu więcej czasu dla Jacka i Ali. Obracał tę myśl w głowie przez krótką chwilę, po czym odłożył na jedną z pobocznych półek w swoim umyśle.

– Wcześniej poświęcałem im za mało uwagi.

– Chyba tak. – zgodził się szef. – Myślę, że otarcie się o śmierć zmienia perspektywę. Twoją zmieniło.

– Faktycznie. – odparł Piotr. – Moja perspektywa jest teraz inna.

Maks przysiadł na skraju sąsiedniego biurka. Rozmowa zaczynała odbiegać od scenariusza zwyczajnego, pożegnalnego small talku.

– Tym bardziej niezręcznie mi teraz z tobą rozmawiać. Widzisz, Piotr, odchodzę z firmy.

Informacja była, rzeczywiście, nieoczekiwana. Maks był nieomal synonimem zbudowanego tu przed laty zespołu. Utrzymywał się na stanowisku bardzo pewnie, zarządzał sprawnie i niemal bez potknięć, a jego pomysły zawsze wychodziły produkowanym grom na dobre. Mało kto w branży mógł się pochwalić tak długim stażem na kierowniczym stanowisku w jednej firmie.

– To bardzo zaskakujące. – rzekł Piotr. – Nie rozumiem. Zwolnili cię?

Maks zaśmiał się cicho.

– Nie, nic z tych rzeczy. Choć, co ciekawe, nie byli zaskoczeni. Ale nie, nie mieli powodów, aby mnie zwalniać. Notowania rosną, terminy są niezagrożone, sieć nas kocha. Wszystko gra.

– Więc o co chodzi?

Rozmówca przeczesał dłonią swą posiwiałą czuprynę, potarł palcami nasadę nosa.

– Zmęczyłem się, Piotrek. Zwyczajnie już mnie to nie bawi. Jakiś czas temu zadałem sobie pytanie: Czy te ściany, ten zespół to coś, co chcesz mieć dookoła siebie do końca swej zawodowej kariery. Ku własnemu zdumieniu odkryłem, że nie. Zdecydowanie nie. Przyszedł czas na zmianę. Chyba dopadła mnie w końcu monotonia istnienia. Rozumiesz?

Może kiedyś Piotr by rozumiał. Jednak już nie. Takie myśli nie przychodziły mu do głowy.

– Okej, jasne. – rzekł wymijająco. – Ale dlaczego mówisz, że ci niezręcznie?

– Bo chciałbym, żebyś mnie zastąpił. A to oznacza dla ciebie więcej pracy.

Już kiedyś odbywali podobną rozmowę. Oczywiście, nie chodziło wówczas o rezygnację Maksa, lecz o awansowanie Piotra na równoległe stanowisko. „Nie nadaję się do tego”, zaprotestował wówczas. „Nie lubię ludzi, Maks. Nie lubię nimi kierować. Nie lubię stresu i odpowiedzialności. Wolę to, co robię. Jak chcesz mnie docenić, to daj mi podwyżkę”.

Teraz, po latach, nie rozumiał swych motywacji. Decyzja była przecież oczywista.

– Będzie to trzeba uzgodnić z Chinami. – odpowiedział. Maks, nawet, jeśli poczuł się zaskoczony tak bezproblemową zgodą, to nie dał tego po sobie poznać.

– Nie ma potrzeby, już wiedzą. Zgodzili się. – rzekł.

– Naprawdę? Myślałem, że oni nie dają ludziom drugich szans. Swoją pierwszą już przecież spaliłem.

Rozmówca kiwnął głową z przekąsem i jakby w zadumie.

– Nie uwierzysz, ale odpisali, że popierają tą propozycję i że tym razem na pewno się zgodzisz. Może ustawili sobie I Ching albo coś w tym rodzaju.

Piotr uśmiechnął się nieznacznie. Zaprogramowane na automatyczną aktywację rolety drgnęły i odcięły gasnący blask dnia. Wewnątrz biura zabłysły inteligentne lampy, wydobywając z ciemności sylwetki obu mężczyzn.

– Dzięki, Maks. Doceniam. – powiedział mężczyzna.

Rozmówca kiwnął głową i klepnął go przyjacielsko w ramię. Chciał coś dodać, lecz najwyraźniej się rozmyślił.

– Cześć. – rzucił tylko i oddalił się w stronę wind. Inteligentne lampy zapalały się i gasły, odprowadzając go i oświetlając mu drogę. Jak asystentki. Lub szpiedzy.


Kilka metrów od okna sypialni przesuwał się obły kształt sterowca reklamowego. Adaptacyjne szyby zaszły czernią, pozostawiając tylko fragment przejrzystego szkła ułożonego w logo producenta. Przez otwór ten wlewał się do pomieszczenia fioletowo-różowy blask, emitowany przez wyświetlacze powietrznego statku. Poświata wydobywała z ciemności ściany, meble i przedmioty, przepływała po nich, jak fluorescencyjny wzór na skórze jakiegoś egzotycznego głowonoga. W końcu sterowiec przeleciał dalej, a w pomieszczeniu znów zapadła ciemność.

Piotr leżał na wznak, wpatrzony w mrok. Na zewnątrz noc była nieznośnie upalna, jednak dzięki klimatyzacji temperatura w mieszkaniu była przyjemna i bardzo znośna. Inteligentny system szybko nauczył się preferencji nowych lokatorów i dostosował intensywność działania tak, żeby o każdej porze dnia i nocy było idealnie.

Ala leżała na brzuchu tuż obok niego. Oddychała miarowo, ale nie spała. W ciszy, spowijającej pomieszczenie dzięki nowoczesnym systemom wygłuszającym, słyszał wyraźnie szmer wdychanego przez nią i wydychanego powietrza. Wdech, wydech, wdech i wydech. Mięśnie szkieletowe napinają się, zwiększają objętość klatki piersiowej. Wytworzone wewnątrz podciśnienie zaciąga gaz. Tlen przenika do krwi kobiety, zaś dwutlenek węgla z tej płynnej tkanki zostaje zwrócony do środowiska. Następnie mięśnie wiotczeją, pozwalając żebrom zapaść się do ich naturalnego położenia. Powietrze zostaje wyparte na zewnątrz, a po chwili cykl się powtarza. Mantra życia. Lub raczej mechanika.

Piotr skierował uwagę na swój własny oddech, jego głębokość i częstotliwość. Spróbował dostosować go do rytmu kobiety, ale było to niekomfortowe. Rozważał przyczyny. Stawiał na różnicę masy ciała i objętości własnych płuc.

– Cieszę się, że z nim poszedłeś. – wyznała nagle Ala. Mężczyzna potrzebował krótkiej chwili, by przeskoczyć myślami na podjęty przez nią wątek. Po zmianie mieszkania ich syn musiał też zmienić szkołę. Pierwszy dzień w nowej klasie był dla niego stresujący. Piotr odprowadził Jacka pod gmach placówki edukacyjnej. Był przekonany, że nie spotka go w niej nic złego. Czesne było wystarczająco wysokie, by dać rodzicom tę gwarancję. Chłopak jednak o tym nie wiedział. Jak dziesiątki tysięcy innych dzieci, które wcześniej przechodziły przez doświadczenie zmiany klasy w trakcie nauki, jego syn denerwował się. Stres na miarę jego świata. Piotr poszedł więc z nim. Dzięki temu Jackowi było trochę łatwiej.

– Nie ma problemu. Nie muszę być w biurze każdego dnia. Projekt idzie zgodnie z harmonogramem. Radzą sobie beze mnie.

Ala zaśmiała się cicho. Zabrzmiało to jak sapnięcie.

– Dobrze się ostatnio dogadujecie, prawda? – stwierdziła. Faktycznie, dobrze się dogadywali. Jacek był taki sam, jak wcześniej. Nieco starszy, lecz wciąż tak samo absorbujący. Po prostu Piotra już to nie drażniło. Nic go nie drażniło.

– To prawda, dobrze się dogadujemy.

– Jeszcze dwa, trzy lata temu zastanawiałam się nad rozwodem… – mruknęła kobieta. – Byłeś naprawdę nie do zniesienia.

Nie odpowiedział.

– Przepraszam. – zreflektowała się po chwili. – Nie powinnam do tego wracać.

– Nie szkodzi. – odparł. – Faktycznie, byłem w kiepskiej formie.

Ciemność przed oczami Piotra była spokojna i cicha.

– Piotrek. Ja… chciałam ci coś powiedzieć. – podjęła po chwili.

Spojrzał w jej stronę. Gdzieś na zewnątrz sterowiec reklamowy zataczał koło. Był jeszcze daleko, ale neonowe powidoki, odbite od tafli sąsiednich wysokościowców, ponownie przemknęły przez pomieszczenie. Ich blask odciął w półmroku profil ramienia kobiety niewyraźną krzywizną.

– Może zauważyłeś, że od paru dni coś mnie gryzie. – zaczęła.

Nie zauważył. Nie miało to jednak większego znaczenia.

– Faktycznie, wydajesz się trochę nieswoja. – odparł.

– To nic złego. To w zasadzie coś dobrego. – odetchnęła głęboko. – Jestem w ciąży.

Uniósł się lekko na łokciu, spojrzał na nią. Tak by zrobiła osoba zainteresowana. W ciemnościach Ala zapewne nie widziała jego twarzy.

– Myślałem, że nie możemy już mieć dzieci.

– Też tak myślałam, ale pamiętasz, lekarz mówił, że nie znaleźli u nas podłoża biologicznego. Wspominał, że może chodzić o psychikę. To się zdarza, nawet dość często.

Piotr sięgnął pamięcią do tamtych dni, ale nie mógł przypomnieć sobie niczego konkretnego.

– Rzeczywiście. Mówił coś takiego.

– Widzisz. A u nas… Od jakiegoś czasu jest dużo lepiej. Może to coś, co przeszkadzało, po prostu znikło. Mogło chodzić o mnie, o ciebie, albo po prostu o nasze relacje. O flow. No i jakoś tak samo przeszło.

Westchnęła.

– Mam nadzieję, że się cieszysz?

– Cieszę się. – odparł. – To niesamowite.

Uśmiechnęła się. Tak mu się przynajmniej wydawało. Ciemność nie pozwalała na pewność.

Ala nie mówiła już więcej. Parę minut później jej oddech wydłużył się i uspokoił. Zasnęła.

Przez dłuższą chwilę Piotr leżał na boku i przyglądał się konturowi twarzy kobiety. Potem ponownie przewrócił się na wznak i zapatrzył w mrok. Blask sterowca zalał pomieszczenie i przeminął. Wdech, wydech, wdech i wydech. Ciemność przed oczami mężczyzny była spokojna i cicha. Była dla niego czymś najbardziej zbliżonym do snu.


Lekki wiatr kołysał konarami parkowych dębów, kasztanów i wierzb. Zieleń schyłkowego lata była już mniej soczysta, niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Pierwsze żółcie i czerwienie zaczynały nakrapiać korony drzew. Trawa, przesuszona minionymi falami upałów, chrzęściła pod stopami.

– Może tu, tata? – zaproponował Jacek. Piotr rozejrzał się po okolicy. Biegacze truchtali tu i tam alejkami, rolkarze zataczali zgrabne, taneczne łuki na tafli nieodległego placu, a aeroboarderzy śmigali na wskroś skwerów, przeskakując przez co niższe krzewy oraz ławki. Nad głowami śmigały dostawcze drony.

– Trochę zbyt tłoczno. – odparł. – Zbyt dużo dronów. Chodźmy nieco na ubocze.

Ruszyli w głąb parku. W plecaku nieśli parę piknikowych szpargałów, bidony z wodą oraz wyrzutnię z chińskim latawcem. W zeszłym roku kilkukrotnie próbowali go wypuścić, ale bryza im nie sprzyjała. Tego lata trochę o nim zapomnieli, ale dziś rano Jacek wpadł na pomysł, aby ponownie spróbować. Wiaterek wydawał się idealny. Spakowali się więc i ruszyli do najbliższego, śródmiejskiego parku. Kilka chwil temu zamówili zdalnie pizzę, jednak nie ograniczało ich konkretne miejsce dostawy. Dron znajdzie drogę, nawigując na nową bransoletę biometryczną Piotra, sparowaną z jego smartem. Była to zupełnie podstawowa usługa. Oprócz niej mężczyzna posiadał obecnie pełen pakiet premium, którego jednak niemal nigdy nie używał.

Gwar stopniowo cichł, w miarę jak oddalali się od uczęszczanych placyków, alejek i skwerów. Wreszcie dotarli do rozległej łączki, sąsiadującej z nieco zaniedbanym zagajnikiem.

– Tu będzie dobrze. – ocenił Piotr. Wydobył sprzęt z plecaka i wręczył go synowi. Chłopak puszczał latawiec już wcześniej, wiedział więc dokładnie, co należy zrobić. Skontrolował, czy linka łącznikowa jest w całości zwinięta do komory w rękojeści wyrzutni, zmiął przymocowany do jej końca latawiec w małą kulkę, którą dodatkowo utoczył między dłońmi w niemal idealną sferę. Następnie załadował tak uformowany pocisk do lufy wyrzutni, wycelował w niebo i wystrzelił. Bolid poszybował w górę, wskaźnik na wyświetlaczu wyrzutni zmienił kolor z czerwonego na żółty, a potem na zielony. Wówczas Jacek wcisnął przycisk zwalniający impuls elektryczny i w niecałe dwie sekundy ziarno nad ich głowami wykiełkowało w sylwetkę białego żurawia.

Jacek naciągnął linkę i zaczął przemieszczać się powoli po łące. Piotr rzucił plecak na trawę i usiadł. Odchylił się do tyłu, podparł na łokciach i zapatrzył w niebo.

Słońce wisiało jeszcze bardzo wysoko. Trzeba była nieco mrużyć oczy, by śledzić wzrokiem unoszący się wysoko kształt. Piotr przymknął je więc i zamyślił się. Ala pracowała dziś do późna. Nie będzie czasu na robienie obiadu, dlatego zamówił też pizzę dla niej. Pierwsze tygodnie Jacka w nowej szkole przebiegły spokojnie. Wydawało się, że chłopak odnajdzie się w tej zmienionej sytuacji życiowej. Zmiany w mechanice przygotowywanej właśnie gry, które jego zespół przygotował z pewną obawą o odbiór ich pomysłów przez chińską centralę, spotkały się z niemal bezkrytyczną aprobatą. Wstępne szacunki wskazywały, że uda się je wdrożyć bez ryzyka dla pierwotnego terminu premiery produktu na rynkach azjatyckich. Wszystko układało się dobrze.

– Cholera! – zaklął Jacek.

– Język! – odparł Piotr, nie otwierając oczu. – Co się stało?

– Spadł w krzaki.

– Idź poszukać. Jeśli jest gdzieś na drzewie, to wezwiemy drona serwisowego.

Trzy lata temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Gdyby nie podjęte wówczas decyzje, mógłby już nie żyć. Wszystko to mogłoby się nie zdarzyć, awans, nowe mieszkanie, ciąża. Pomyślał, że powinien chyba się cieszyć. Postać, która była nim, a którą oglądał jakby z oddalenia, powinna się cieszyć.

Jakieś poruszenie wyrwało go z zadumy.

– Oddaj!

To był Jacek. Piotr usiadł i spojrzał w jego kierunku.

Chłopak podskakiwał, rozpaczliwie próbując dosięgnąć latawiec, trzymany wysoko w górze przez jednego z dwóch zaniedbanych mężczyzn. Ten uśmiechał się brzydko, patrząc w stronę Piotra. Jego kompan, wysoki, śniady chudzielec, chichotał, jakby usłyszał dobry żart. Cala trójka szła w jego stronę. Wstał.

– Chyba macie coś naszego. – stwierdził, gdy byli już blisko.

– Znaleźliśmy to. Ale chętnie oddamy. – odpowiedział ten, który trzymał białego żurawia.

– Tylko że coś nam się chyba za to należy. – dodał ten drugi.

Piotr rozpoznał ich. Byli to ci sami mężczyźni, którzy wówczas, parę lat temu, zabrali im jedzenie.

– A gdzie ten trzeci palant? Śmieszny, mały grubas? – zapytał.

Uśmiech zniknął z twarzy faceta trzymającego latawiec.

– Co powiedziałeś?

Drugi mężczyzna przestał chichotać. Jacek wyczuł zmianę nastroju, cofnął się.

– Ostatnio było was trzech. Parę lat temu. – przypomniał spokojnie Piotr. – Ty, tylko że z febrą na wardze. Twój chudy kumpel i taki niski, gruby facet, trochę jakby z innej bajki. Ukradliście nam wtedy jedzenie. Bardzo nieładnie.

Ten od latawca spojrzał na niego, jak na wariata. Odrzucił zabawkę na bok. Jacek poderwał z trawy zabawkę i odbiegł nieco na bok. Facet natomiast wydobył spod kurtki duży, podniszczony wojskowy nóż.

– Ty mnie chyba obrażasz. – wycedził. – A ja tego, kurwa, bardzo nie lubię. Więc zrobimy tak, że oddasz nam grzecznie smarta, kartę, albo jakiekolwiek gówno, którym płacisz i grzecznie przeprosisz. I gówniarz też.

Piotr ocenił sytuację. Prawdopodobieństwo, że zechcą ich zabić, było nieduże. Nawet podstawowa obywatelska opaska biometryczna zareaguje na zgon właściciela. Policja Powszechna nie działa, co prawda, zbyt skutecznie, ale akurat w przypadku zgonu patrol pojawi się na miejscu w przeciągu najwyżej piętnastu minut. To wystarczy, aby uciec, ale wobec licznych kamer monitoringu z sieci miejskiej i połączonych z nią luźno sieci prywatnych nie wystarczy, aby uniknąć złapania. Za podwójne morderstwo mogą ich nawet zneutralizować, ryzyko było więc za duże. Piotr uznał więc, że chodzi raczej o zastraszenie.

Mężczyzna ruszył w jego stronę, a on pozwolił mu podejść. Gdy agresor był ledwie o krok i wymierzył weń ostrze noża, Piotr błyskawicznie – szybciej, niż sam się spodziewał – wyciągnął rękę i złapał za klingę. Napastnik szarpnął, ale chwyt Piotra był bardzo mocny. Stal zagłębiła się w tkankę dłoni, strużka krwi pociekła na trawę.

– Kurwa! – warknął napastnik i pociągnął raz jeszcze. Rozległ się nieprzyjemny zgrzyt metalu o kość, jednak Piotr nie puszczał.

Drugi agresor najwyraźniej nie był zbyt odważny. Widząc krew, wycofał się, spoglądając nerwowo dookoła. Natomiast nożownik zaczął na odlew okładać Piotra pięścią po głowie. Mężczyzna próbował zablokować ciosy, lecz trudno było mu pochwycić rękę agresora, nie puszczając jednocześnie ostrza. Poczuł uderzenie w nos i usłyszał trzask kości. Słodka, metaliczna wilgoć zalała mu wargi. Wreszcie jednak udało mu się złapać rękę napastnika i unieruchomić ją.

– Posłuchaj. – powiedział, plując kropelkami krwi w twarz mężczyzny. – Widzisz, co to jest? – wskazał dłonią na swój nadgarstek. – To jest opaska biometryczna premium. A to oznacza, że sygnał idzie przez ubezpieczenie prywatne. Czyli przez ochronę prywatną. Czyli macie trzy minuty, aby spierdalać w podskokach jak najdalej stąd, bo zaraz będzie tu patrol czarnych, a nie policji. A oni najpierw strzelają, a potem pytają.

Napastnik rzucił nerwowe spojrzenie na opaskę. To była istotnie opaska premium, jednak Piotr blefował, jeśli chodzi o przybycie patrolu. Podane przez niego informacje były jak najbardziej prawdziwe, lecz reakcja nastąpiłaby w przypadku wykrycia konkretnych reakcji organizmu jeśli chodzi o tętno, ciśnienie, hormony czy potliwość. Tymczasem tętno Piotra było co najwyżej takie, jak podczas lekkiego truchtu. Nie zdenerwował się ani nie spocił.

Ale agresor o tym nie wiedział. Puścił nóż, a wówczas Piotr pozwolił mu wyrwać się i uciec. Chudego kompana już dawno nie było.

Mężczyzna spojrzał na swoją dłoń. Była rozorana i mocno krwawiła. Palce środkowy i serdeczny nie działały, jak trzeba. Bolało, ale ignorował to, jakby ból należał do kogoś innego.

– Krew ci leci, tato. – usłyszał.

Jacek stał kilka kroków od niego, blady i przerażony.

– Tak, wiem. To nic takiego. – skłamał. Z krwawieniem coś trzeba było zrobić. Raczej nie wykrwawi się na śmierć, ale może stracić przytomność, nim rana zakrzepnie sama z siebie.

– Ale dużo leci. – upierał się chłopak.

Mężczyzna podszedł do plecaka i zdrową dłonią wygrzebał z niego zapalniczkę żarową.

– Zaraz przestanie. Nic ważnego nie jest przecięte.

Piotr przystawił rozgrzaną do czerwoności głowicę zapalniczki do rany i zaczął przesuwać nią wzdłuż cięcia. W powietrzu uniósł się zapach przypalanej tkanki. Mężczyzna działał metodycznie, przyżegając krwawiące naczynia zupełnie jakby lutował jakiś elektroniczny układ scalony podczas domowej sesji majsterkowania. To nie był podręcznikowy przykład kauteryzacji rany, ale podziałał.

– Z nosa też. – powiedział cicho Jacek.

– Tak, to też wiem, ale nosa nie będę przypalał. – odparł mężczyzna, wrzucając zapalniczkę z powrotem do plecaka. – Zjemy i pójdziemy do domu. Poczekasz na mamę, a ja sobie podjadę do szpitala. Trzeba to porządnie opatrzyć.

– Nie chcę już jeść. – jęknął cicho Jacek. Broda mu drżała jak zawsze, gdy był na skraju płaczu. Piotr przyglądał się temu beznamiętnie. Nie rozumiał, o co mu chodzi, ale nie irytowało go to. Trzeba jeść. Jest pora obiadu, a oni byli przecież głodni.

Jak na zawołanie, nadleciał dron dostawczy. Z cichym bzyczeniem osiadł miękko na trawie, dokładnie w kałuży krwi.

– Zamówienie numer siedemdziesiąt cztery. – oznajmił radośnie. – Witaj, Piotr! Jak się dziś czujesz?

– Fantastycznie. – odparł mężczyzna i podał kod odbioru.