Dzieci warunków cieplarnianych

Moje pokolenie wchodziło na rynek pracy w czasach, gdy tej za wiele nie było. Ziemię obiecaną stanowiły Wyspy Brytyjskie, Irlandia, Norwegia i tak dalej. Zaczynaliśmy samodzielne życie z przeświadczeniem, że musimy się wykazać, pracować poniżej kompetencji i oczekiwań (również finansowych), aby potem awansować społecznie, rozwinąć się zawodowo, zacząć robić to, czego naprawdę chcemy.

Dzieci lat dziewięćdziesiątych to już zupełnie inna historia. Dynamiczni, pewni siebie, kochający niezależność (ale nie na tyle, by wyprowadzić się z domu rodziców) i zdecydowani, aby od razu brać o życia (również zawodowego) to, co najlepsze różnią się od urodzonych u schyłku PRL naprawdę znacznie. Dopiero teraz, w dobie pandemii, zderzają się z faktem, że świat jest niestały, porządek rzeczy niepewny, a problemy mogą wykraczać poza spektrum braku lajków na fejsie czy konieczności czekania rok na kolejny sezon ulubionego serialu na Netflixie.

Z terminem milenialsi zetknąłem się jakieś dwa lata temu i zawsze dotyczył on ludzi młodych, wchodzących właśnie na rynek pracy. Zdolnych, dynamicznych, pełnych energii dwudziestokilkulatków, oskarżanych przez pracodawców o nielojalność, niesamodzielność i ogólny brak zaradności. Bo przecież każdy medal ma dwie strony, można przecież robić karierę w IT, a jednocześnie nie potrafić uprać sobie gaci. Naturalną koleją rzeczy założyłem więc, że milenialsi to właśnie ludzie urodzeni na przełomie wieków, gdzieś w późnych latach dziewięćdziesiątych, już w świecie Googla, YouTube’a i sieci społecznościowych.

Tymczasem dziś dowiedziałem się z lektury przypadkowego artykułu, że również ja jestem milenialsem, gdyż termin ten obejmuje także osoby z tzw. pokolenia Y, czyli urodzone po 1980 roku. Jakież zaskoczenie, jakiż lifting osobowości! Czuję się dwadzieścia lat młodszy.