7 stycznia, USA, liczenie głosów elektorskich, oficjalnie wybierających Joego Bidena na nowego prezydenta Stanów. Uzbrojony tłum zwolenników ustępującego (a raczej nieustępującego) republikanina szturmuje Kapitol. Padają strzały, cztery osoby nie żyją. Kilka godzin później burmistrz Waszyngtonu wprowadza stan wyjątkowy do 21 stycznia, czyli daty oficjalnego zaprzysiężenia nowego prezydenta. Gdy to piszę, nadal nie wiadomo, co będzie. Trumpiści zbierają się pod innymi budynkami administracji w kraju, a facet z za długim krawatem unosi się w oparach megalomanii i negacji nowego status quo.
Zamieszanie wokół amerykańskich wyborów pokazuje, że cały świat to podobny grajdół, jak u nas. Czy Trump i jego zwycięstwo w 2015 roku zainicjowały ten proces, to stopniowe pogrążanie się w paranoi, teoriach spisku, odrzucaniu uznanych metod radzenia sobie z wyzwaniami współczesności? Czy ryba psuje się od głowy? Byłaby to piękna metafora, ale sądzę, że jest inaczej. To raczej kwestia zmiany w strukturze wiedzy wynikająca z rozwoju internetu sprawiła, że przekaz i social media marketing polityczny ludzi takich, jak Donald Trump, padają na podatny grunt, co przyczyniło się do tryumfalnego pochodu polityków o mniej lub bardziej populistycznych poglądach przez rządy wielu demokracji świata.
Uderza niezdolność Trumpa do zrobienia kroku wstecz. Nawet nawołując do uspokojenia nastrojów, nawołuje w istocie do walki, powtarzając jak mantrę narrację o skradzionych wyborach i o swoim prawowitym, podstępnie odebranym zwycięstwie. Konta społecznościowe zawieszają mu Twitter, YouTube i Facebook. Zwolennicy Trumpa, rzecz jasna, przedstawią to jako dowód na deptanie wolności słowa i polityczne credo tych gigantów internetu (inaczej: ich zdradę demokracji). Przeciwnicy będą mówić o odpowiedzialnych i respektujących demokratyczny wybór Amerykanów działaniach firm dążących do deeskalacji konfliktu. Pęknięcie jest głębokie, przecięta tkanka społeczna jątrzy się i nie zamierza goić. Nie tylko w USA, wszędzie.