O świcie, z kamieniem w dłoni

Mija kilkanaście dni od wyborów w Izraelu. Patia Benjamina Netanyahu nie uzyskała większości, pozwalającej na rządzenie krajem bez koalicji, zaś jej zdolność koalicyjna jest niewielka. Pozycja premiera-ludobójcy słabnie. Historyczny rekord uzyskała z kolei partia arabska. Bibi snuje wizję ukradzionych wyborów.

Konflikt w Gazie powoli dogorywa. W nieprawdopodobnie asymetrycznym, wręcz starotestamentowym w swej skali odwecie Izraela za krwawy zamach terrorystyczny Hamasu z października 2023 roku zginęło, według szacunków ONZ z października 2026 roku blisko 75 tysięcy Palestyńczyków. Całe dzielnice zrównano z ziemią, drzewa genealogiczne wypalono do samych korzeni, marzenia zasypano gruzami. Czy jestem stronniczy? Czy odmawiam prawa zaatakowanemu, jakby nie patrzeć, państwu Izrael do wymierzenia kary za agresję bojowników-terrorystów, którzy przecież zainicjowali ten domykający się rozdział krwawej historii w relacjach pomiędzy Arabami a Żydami? Bynajmniej. Odmawiam natomiast zrozumienia, jaką odpowiedzialność za to ponosić miały dziesiątki tysięcy zwyczajnych obywateli – mężczyzn, kobiet, dzieci.

Natrafiłem ostatnio na wiersz Ghassana Kanafaniego, palestyńskiego autora, działacza i polityka (zamordowanego, swoją drogą, przez Mossad w 1972 roku, wraz z nastoletnią siostrzenicą).

All your armies / Wszystkie armie
All your fighters / Wszyscy wojownicy
All your tanks / Wszystkie czołgi
And all your soldiers / I wszyscy żołnierze
Against the boy / Przeciwko chłopcu
Holding a stone / Trzymającemu kamień
Standing there / Który stoi tam
All alone / Całkiem sam
In his eyes / W jego oczach
I see the sun / Widzę słońce
In his smile / W jego uśmiechu
I see the moon / Widzę księżyc
And I wonder / I myślę sobie
I only wonder/ Tak sobie tylko myślę
Who is weak and / Kto tu jest słaby i
Who is strong / Kto tu jest silny
Who is right and / Kto ma rację i
Who is wrong / Kto się myli
And I wish / I chciałbym
I only wish / Tak tylko chciałbym
That the truth / Aby prawda
Has a tongue! / Miała język!

Ghassan Kanafani

Od pięćdziesięciu lat nic się w zasadzie nie zmieniło. Te słowa są tak samo trafne teraz, jak były wówczas.

Jednak asymetria sił nie zawsze daje wygraną silniejszemu (co, swoją drogą, również ma jakiś wymiar biblijny). Boleśnie przekonał się o tym pomarańczowolicy imperator USA, namówiony przez swego kolegę Netanjahu do ataku na Iran. (Reżim w Iranie, swoją drogą, nie budzi jakiejś szczególnej sympatii i zalicza się raczej do sojuszników naszych nieprzyjaciół, co czyni go kiepskim obiektem współczucia. Cóż jednak począć, skoro w tej sytuacji to naprawdę nie on zaczął?). Akcja, która miała być wojną błyskawiczną, jak operacja specjalna w Wenezueli, przerodziła się w spektakularną porażkę amerykańskiej doktryny wojskowej. Okazało się, że przewaga technologiczna, lotniskowce, samoloty i pociski za grube miliony dolarów przegrywają w ekonomiczny rozrachunku z siłami zbrojnymi opartymi o tanie drony z dykty i ze strategią opartą na eskalacji konfliktu na szeroką skalę, ale bez konwencjonalnego szturmu i tworzenia klasycznie pojętej linii frontu. Buńczuczne zapowiedzi Trumpa o rychłym upadku reżimu w Iranie okazały się mrzonkami bez pokrycia, armia przepaliła gigantyczne budżety, a teoretycznie słabszy oponent zablokował strategiczne dostawy paliw na zachodnie rynki i zachwiał światową gospodarką, tracąc nieporównywalnie mniej pieniędzy, od napastnika. A jak mówi stara mądrość wojskowych, konflikty na dłuższą metę wygrywa się gospodarką.

Skutek? Przegrane kilka dni temu przez Republikanów wybory połówkowe, wskutek czego prezydent-słońce pozostał bez poparcia Kongresu i Senatu, co skutecznie utrudni mu dalsze prowadzenie swej agresywnej i aroganckiej polityki, zarówno wewnętrznej, jak i międzynarodowej.

Czy to jest jakaś sprawiedliwość? Żadną miarą. Za wojnę megalomanów zapłaciły tysiące cywilnych ofiar i miliony obywateli dziesiątek państw (również USA), którzy ze swoich portfeli muszą płacić podatek od skutków wywołanego tą wojną kryzysu. Schadenfreude to nie jest żadna sprawiedliwość.

A jest jeszcze Rosja, jest Ukraina, są przecież Chiny. Są splatające się, przecinające interesy, ścierające niczym płyty tektoniczne międzynarodowe żale i zadry. Jest smutna świadomość, że ci, którzy trzymają stery dziejów, wcale nie są mądrzejsi od nas, niestety. Wcale nie są moralnie lepsi. Istnieje uzasadnione podejrzenie, są są moralnie znacznie, znacznie gorsi.

No i jesteśmy my, o świcie, z kamieniem w dłoni, niepewni, czy ten kamień rzucić światu w twarz, czy może raczej użyć go, być coś zbudować.