Krok w pustkę

Kiedy był dzieckiem, miewał koszmary. Przychodziły dość często, męczyły i odchodziły, opite jego chłopięcym lękiem. Jeden jednak nawiedzał go wielokrotnie – koszmar dziwny i niejednoznaczny, koszmar nie-koszmar, rozpostarty na stelażu skojarzeń, których groza umykała racjonalnemu wytłumaczeniu. Gdy budził się z niego, nie rozumiał, co go przestraszyło. Sen nie wydawał mu się wcale przerażający. Tylko łomot dziecięcego serca upewniał go w prawdziwości przeżytego przed chwilą strachu.

Oto krople brudnego, jesiennego deszczu padały rzęsiście z szarego nieba. Chmury wisiały nisko nad dachami bloków. Osiedlowe uliczki nie posiadały jeszcze asfaltu, dziki kapitalizm rodził bezkształtną i burą urbanistykę, grubo ciosane, surowe formy zakorzenione w mentalności republiki ludowej.

Gleba rozmakała w skisłe błocko. Kałuże zlewały się w rozległe bajora, wypełniające zagłębienia nierówno utwardzonej gruntówki. Plucha zlewała się z gruntem w wilgotne kontinuum. Chłonęła też dźwięki, wskutek czego scenerię przesycała jałowa cisza. On zaś szedł przez podwórze w kurtce przeciwdeszczowej i kaloszach. W dłoni trzymał patyk. Zamierzał brodzić w błocie i grzebać w nim kijem. Lubił patrzeć, jak tafla wody zbliża się do krawędzi gumiaka, jednak nie wlewa się do środka. To balansowanie na krawędzi zamoczenia dawało mu dziwne poczucie bezpieczeństwa.

Coś dziwnego wisiało jednak w powietrzu. Coś wołało do niego: „Nie idź tam, nie idź!”. On jednak poszedł, a gdy tylko wstąpił w wodę, gdy tylko jego stopy zanurzyły się w kałuży, jego nogi zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie poczuł bólu, nie chodziło o fizyczne okaleczenie. Jego nogi po prostu przestały istnieć, jakby ich nigdy nie było, on zaś – co ciekawe – zawisł w powietrzu, by z narastającą grozą patrzeć na przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą zajmowała dolna połowa jego chłopięcej osoby.

Wtedy się budził.

Znaczenie tego koszmaru dotarło do niego po latach, tamtego fatalnego sierpnia, w którym jego syn utonął w jeziorze podczas jakiejś idiotycznej próby harcerskiej. Odłożywszy telefon, przez który chwilę wcześniej głuchy głos funkcjonariusza policji poinformował go o wypadku, poczuł, że zniknęła połowa jego duszy. Ta dolna połowa, która łączyła go z podłożem i sprawiała, że świat miał jakiś kierunek, a grawitacja kotwiczyła go w pewnym porządku rzeczy. Jedna chwila – jest kompletnym człowiekiem. Druga chwila – i wisi w pustce, wbrew rozsądkowi i jakiejkolwiek rudymentarnej logice.

Rozczłonkowanie to ekstrapolowało na resztę jego życia. Zniknęła druga połowa jego małżeństwa. Zniknęła połowa jego zarobków. Kolejne lata przepływały obok w głuchej ciszy, wyprane z sensu. W monochromie.

Nie wiedzieć jak, znalazł się w obcym kraju, będąc wolontariuszem pomocy humanitarnej. Być może ciążył ku kolizji, niczym asteroida uwięziona w studni grawitacyjnej jakiejś zbłąkanej planety. Być może podświadomie próbował zamienić się w krater.

Rozorana wojną okolica, w której przyszło mu działać, przywodziła na myśl osiedle z dzieciństwa. Padało rzadko, gdy jednak do tego dochodziło, deszcz spadał rzęsisty i szary. Zamieniał leje po ostrzale artyleryjskim w rozległe, brudne sadzawki.

W takie deszczowe dni coś ciągnęło go na zewnątrz. Zakładał ponczo oraz gumiaki i wychodził na zewnątrz, wbrew zaleceniom przełożonych. Szedł po prostu przed siebie i kusił los, jednak nic z tej pokusy nie wynikało. Los najwyraźniej już o nim nie pamiętał. Prędzej czy później docierał do jakiejś kałuży. Stawał na jej krawędzi i spoglądał w dół. Woda była mętna i szara, jej tafla falowała od uderzających weń kropel. Mimo to mógłby przysiąc, że widzi w niej jakieś kształty. Rozsądek podpowiadał, że to po prostu jego odbicie. On jednak miał przeczucie nie do odparcia, że to coś innego. Był niemal pewien, że były to jego nogi.