Martwy ciąg

Dziwne światy zaplątały mi się w gąszczu synaps. Widzę je pod powiekami, przemierzam w myślach ich niebyłą topografię. Nie chcąc, by odeszły razem ze mną, próbuję wyciskać je z siebie, lecz idzie to nader opornie. Oblepione kontekstami jak glejem, tłuste od skojarzeń i na wpół przemyślanych fabuł, przechodzą przez ciasne pory mojej sprawczości niemożliwie powolnie. Potykam się o rzeczy tak prozaiczne, jak koherencja. Jak konsekwencja. O poetyce nie wspominając.

Nie jest lekko. Kreacja nie wyskakuje ze mnie spontanicznie jak z Pilipiuka czy Mroza. Nie sram akapitami, niestety. Jest w tym coś niemal fizjologicznego. Coś jak wyciskanie trzydziestej pompki w upale po kalistenicznym wycisku.

Bring Sally up,
Bring Sally Down…