Elektryczne owce

Jesteśmy wędrowcami i gawędziarzami. Wyszliśmy gdzieś z bezkresnych równin Afryki, z morza traw. Pchał nas przed siebie instynkt eksploracji. Poszukiwaliśmy wciąż nowych możliwości, skrywających się za widnokręgiem. Nagradzani wyrzutami dopaminy, niespokojni, nieukojeni w tęsknocie za nowym, rozpełzliśmy się na nowe połacie świata i poznania, aby dotrzeć tu, gdzie jesteśmy – na pierwsze stopnie ku innym globom, na pierwsze spotkania z inną inteligencją, którą sami wytworzyliśmy.

Od zawsze towarzyszyły nam też opowieści. To w nich zamykaliśmy swoją wiedzę, to poprzez nie utrwalaliśmy kulturę. Według koncepcji myślicieli w rodzaju Daniela Denneta, nasza inteligencja wyłoniła się z relacji społecznych, powstała jako korzyść ewolucyjna, gdyż ci, którzy lepiej rozumieli interakcje w grupie i którzy lepiej radzili sobie z komunikowaniem swoich intencji i zamiarów, mieli większe szanse na awans społeczny i przetrwanie.

Twórczość wyrasta z interakcji społecznych i komunikacji. Z tańców przy ogniskach, z opowieści szeptanych lub wyśpiewywanych pod gwiazdami lśniącymi na krystalicznie czystym niebie epok lodowcowych. Ten sam instynkt i ta sama biochemia, która pchała nas do wędrówki poza horyzonty, odpowiada również za nasze upodobanie do snucia i odbierania opowieści w szerokim ich znaczeniu – czy to jako tekstów, obrazów czy muzyki. Gawędziarstwo mamy zakodowane na sztywno w konfiguracji synaps.

Moim zdaniem na podstawowym fenomenologicznie poziomie, nie chodzi tu o warsztat, nie chodzi o to, jak dobrze lub źle skonstruowany jest przekaz. Chodzi o przyjmowane na etapie przed-sądów założenie, że po drugiej stronie dzieła stoi jakaś wola będąca nadawcą komunikatu. Że jest jakiś przekaz, którego jesteśmy odbiorcą i współtwórcą poprzez rozumienie i interpretację. Pytanie o jak jest drugorzędne.

Dlatego też myśląc o tym, czy pisarz może używać generatywnej sztucznej inteligencji w swej pracy twórczej, nie znajduję argumentu, który by temu co do zasady miał przeczyć. Termin jest zresztą szeroki. Co oznacza „używać AI podczas pisania”? Używać go do researchu? Do redakcji? Do tworzenia permutacji akapitów, by wybrać najlepszy wariant? Do tworzenia person, przy których użyciu których autor symulować będzie dialogi? Czy może aż do wygenerowania gotowego rezultatu z pojedynczego promptu?

W zasadzie każdy etap gradacji tego spektrum daje się obronić z perspektywy takiego rozumienia twórczości, jakie nakreśliłem. Moje niezrozumienie budzi dopiero perspektywa, w której po drugiej stronie nie ma nikogo.

Zrozumienie jednak to jedno, a chęć partycypacji to drugie. Czy chciałbym czytać książki, słuchać muzykę czy oglądać filmy będące wytworem bezosobowego procesu? Rzecz jasna, nie. Powód jest tu taki sam jak ten, dla którego nie ciągnie mnie do oglądania sztampowych, sformatowanych wyrobów filmowych, stanowiących większość repertuaru Netflixa i podobnych do niego platform streamingowych. Mam w takiej sytuacji poczucie, że jestem produktem w takim samym stopniu, jak te wytwory. Że jestem opakowaniem, do którego wkłada się tę twórczą karmę w zamian za abonament i mój wolny czas.

Co ciekawe, wcale nie zdziwiłbym się chyba, gdyby okazało się, że scenariusze tych produkcji zostały wygenerowane, a nie napisane..

Tymczasem zamiast produktu, oczekuję dzieła. Komunikatu, który zaprezentuje jakąś osobowość i perspektywę. Który będzie jakiś, który wytrąci mnie z mojej perspektywy i zaskoczy. Jeśli taki komunikat zacznie tworzyć AI bez udziału ludzkiego autora, być może będzie to moment, w którym będzie należało przyznać, że posiada ono osobowość.

Czy osobowość musi być zaimplementowana w białku? Oto jest pytanie.