Nic nie jest ustalone

Kiedy byliśmy mali, skakaliśmy po krze. Tik-tak, tik-tak – odliczał lód, trzaskający cicho pod stopami. Mróz ścinał białka na kość, minus dwieście siedemdziesiąt trzy w skali Beauforta, czy coś. Nurt ciągnął w głąb białe, zmrożone zakrzepy, a mimo to krwiobieg nie chciał stygnąć, ani się zasklepić.

– Nie bądź baba! – zawołał Seba, gdy zawahałem się przeskoczyć na skrawek białego lądu. Baba, babula, matrioszka. Warstwa na warstwie na warstwie, jak ubrania na moim grzbiecie, przez które pociłem się bardziej, niż ze strachu. Inni chłopcy śmiali się, gdy stałem tak, zbierając się do leap of faith. Zupełnie inaczej, niż protagonista Asassin’s Creed, raczej jak pingwin lub inna pokraka.

A potem było już za daleko. Ich twarze odpłynęły, a głosy osiadły gdzieś w mule, w meandrach pamięci. Zostałem sam – ja, zima i czas.

Tak było albo i nie –