Nie ma w nas nic nowego,
śnieg spada wstecz na jezioro
blady, jak sen zimorodka przed świtem.
Echo przeszłości drży w trzcinach:
mżawka, burza, niespełniona prognoza pogody,
a wiatr tasuje karty chmur na niebie, jak krupier,
oszust, mój grzeszny spowiednik w szarości.
Noc zgarnia resztki świateł z chodnika.
– Czy możemy już iść? – pytasz.
Cisza rozwiązuje język latarni.