Głęboka bajeczka

Dawno temu na podwórcu pewnego zamku w Transylwanii pewien człowiek wykopał studnię. Była to całkiem nielicha studnia. Mierzyła ponad sto czterdzieści metrów głębokości, a człowiek ten kopał ją całe siedemnaście lat.

Kwestię tę należy rozwinąć. Przede wszystkim, w sprawę nie był zamieszany żaden wampir. W tej materii posiadamy nie tyle gruntowną wiedzę, ile gruntowne przekonanie. Umówmy się, że choć to bajka, nie będziemy doń mieszać krwiopijców. Niech panoszą się po innych polach literatury, zaś od tego niech łaskawie trzymają się z dala.

Jak już się rzekło, pewien człowiek w Transylwanii wykopał studnię, lecz nie uczynił tego samodzielnie. Miał towarzysza, który ramię w ramię i dzień po dniu dźwigał z nim ciężar tej niegodnej pozazdroszczenia pracy. Robota nie należała bowiem do lekkich. Sięgające niemal samych piekieł studniszcze trzeba było wykuć w litej skale, mając do dyspozycji jedynie utensylia pokroju kilofa, który, jak wiemy, nie grzeszy złożonością. Nie jest też lekki. Trzeba więc było zmagać się ze zmęczeniem i chłodem, leczyć ropiejące na dłoniach pęcherze, zaciskać zęby, ignorując ból ramion i krzyży, i kuć, kuć, kuć. Przez siedemnaście lat, miast cieszyć się dobrodziejstwami życia – do których zaliczamy wino, kobiety i śpiew – nasi bohaterowie mozolnie wgryzali się w skamieniały grunt, piędź po piędzi zmierzając ku ukrytemu gdzieś w głębi ziemi źródłu wody.

Można zadać pytanie: dlaczego nie rzucili tego w diabły i nie poszli używać życia? Odpowiedź jest prosta: bo nie mogli. Byli bowiem więźniami, dla których wykopanie studni nie było luźną propozycją, lecz kategorycznym poleceniem. Aby jednak nie pozbawiać opowieści poloru, należy dodać, że mężczyznom coś obiecano. Przyrzeczono im mianowicie, że jeśli ukończą robotę, jeśli wydrążą studnię, na której dnie zalśni woda, odzyskają wolność i pójdą, dokąd chcą.

Kim byli owi skazańcy, których życie upłynęło na kopaniu dziury? Wiadomo tylko, że niewiele gadali. Byli cokolwiek gburowaci, albo ładniej – tajemniczy. Być może byli rozbójnikami, których w owym czasie mnogo było na transylwańskich gościńcach. Być może kmiotami, którzy zawinili jakąś błahostką możnemu władyce. Niewykluczone też, że byli tureckimi jeńcami wojennymi, bo to ładnie brzmi w legendzie. W gruncie rzeczy jest to jednak całkiem nieistotne. Ich wcześniejsze życie uległo przedawnieniu, aktualność zyskała prawda opowieści, w której zapisali się jako ci, którzy wydrążyli studnię.

Zrewidujmy więc. Dawno temu w pewnym transylwańskim zamczysku dwóch więźniów wykonało katorżniczą robotę, gdyż powiedziano im, że dzięki temu odzyskają wolność. Pracowali przez całe siedemnaście lat, a gdy wreszcie dokopali się do czystej jak kryształ wody, gdy wyszli na zewnątrz po ukończonej pracy, okazało się, że odrobinkę ich okłamano. Zamiast wolności czekał na nich kat, który szybko i sprawnie posłał ich do wieczności. Posunięcie to na tyle zafrapowało miejscowych, że szybko stało się lokalnym podaniem, przekazywanym chętnie z ust do ust podczas wszelkich stosownych okazji.

Tyle legendy. Co było dalej?

Otóż, coś było dalej. Nieco później do studni wpadł chłopiec. Był to nieznośny pędrak, który od urodzenia nie grzeszył ostrożnością, jednak, z niezupełnie jasnych powodów, zawsze nadrabiał szczęściem. Nie inaczej było w tamtej sytuacji. Niefrasobliwy dzieciak wlazł do pozostawionego przy otwartej studni wiadra, które zsunęło się z kamiennego obmurowania i runęło w dół, wraz z pasażerem. Wpadając do wody, zerwało sznur mocujący je do kołowrotu. Malec złamał biodro, cztery żebra i wybił sobie siedem mlecznych zębów, lecz przeżył – widać jego niedoświadczone ciało nie wiedziało jeszcze, że wskutek tak spektakularnego upadku winno pokornie odesłać duszę na niebieskie błonia.

Chłopcu udało się wleźć do resztek wiadra i słabym głosem zawołać o pomoc. Krzątający się po zamkowym dziedzińcu ludzie usłyszeli go nadspodziewanie szybko, lecz nie ma się co dziwić, gdyż rzekło się już, że dzieciakowi sprzyjała fortuna. Ratownicy zorganizowali nowy, solidny sznur, uwiązali doń spore, okute wiadro i wybrali ochotnika, który zjechał w głąb studni wydobyć poturbowanego malca.

Ochotnikiem tym był młody kleryk, który nie tyle sam się zgłosił do owego chwalebnego zadania, ile został wyłoniony głosami większości, gdyż był chudy, rachityczny i – co za tym idzie – lekki. Uzbrojony w szczyptę odwagi i lampkę oliwną dotarł na dno, wciągnął półprzytomnego już chłopca do swej prowizorycznej gondoli i szarpiąc za sznur dał znać pozostałym, by wciągnęli ich z powrotem.

Jadąc powolutku do góry zauważył nagle coś dziwnego. Ściany studni pokrywało mnóstwo przedziwnych znaków. Zaciekawiony uniósł latarnię i w jej blasku spostrzegł równo zapisane rzędy. Były tam poematy, traktaty, szeregi liczb i geometryczne figury. Były święte i nieświęte symbole, sylogizmy, aforyzmy i równania. Były zapiski w rozmaitych językach, opowiadające historie, które nie mieściły się w głowie. Kleryk poczuł się nieswojo. Uświadomił sobie, że wszystkie te rzeczy ktoś musiał tam wyryć, a jedynym człowiekiem, który mógł to zrobić, był tylko któryś z budowniczych. Albo obaj.

Gdyby tam, w powolutku sunącym do światła wiadrze, był wówczas Fibonacci, spostrzegłby swój sławetny ciąg, drobiący cyfra za cyfrą w prawo, w nieskończoność. Gdyby był to Mickiewicz, przeczytałby trzynastą księgę swego rustykalnego arcydzieła i uznałby, że jest dalece bardziej zajmująca od swych poprzedniczek. Gdyby w studziennej gondoli siedziała Curie-Skłodowska, dowiedziałaby się, że na czas badań powinna wzuwać ołowiane rękawiczki. Einstein pojąłby, że nie ma sensu upierać się przy stałej kosmologicznej, zaś Paulo Coelho – że stawianie pasjansa to również ciekawe zajęcie, którego przewaga nad pisaniem polega na tym, że nie trzeba nim kłopotać drugiego człowieka.

Jednak w wiadrze był wówczas rachityczny kleryk, którego z każdą chwilą zdejmowała coraz większa trwoga. Wtem spostrzegł zdanie, które sprawiło, że niemal zapaskudził habit ze strachu. Przeczytał bowiem: „Zaś ty, chuderlawy kleryku, lepiej zrzuć świątobliwą szatę i udaj się do stolicy handlować herbatą, gdyż Bóg dał ci głowę do interesów, lecz nie wiedział, jak ci to przekazać. I nie waż się mówić nikomu, coś tu zobaczył, gdyż wezmą cię za pomyleńca i osadzą w ciemnicy”. Wylękniony młodzian zamknął oczy i zaczął odmawiać Pater Noster, gdyż nabrał poważnych obaw, że tajemnicze inskrypcje są sprawką złego ducha.

Poza tym nic więcej nie zaszło. Uratowany dzieciak szybko dochodził do zdrowia. W pierwszych dniach, bredząc nieco w gorączce, opowiadał o dziwnych napisach w studziennym szybie, lecz nikt nie dał mu wiary. Tym bardziej, że rachityczny kleryk o niczym takim nie wspominał. Co prawda młodzieniec ów po incydencie ze studnią w ogóle niewiele mówił, lecz ponieważ nie był szczególnie lubiany, nikt nie zwrócił na to uwagi.

O swym dziwnym doświadczeniu kleryk opowiedział dopiero na łożu śmierci swemu wnukowi. Już z samego faktu, że posiadał wnuka, można wnosić, że jego przygoda z kapłaństwem raczej nie miała okazji bujnie się rozwinąć. Istotnie, w rok po tym, jak wyciągnął ze studni niefrasobliwego chłopczyka, zrzucił szaty duchowne i udał się do stolicy handlować herbatą. Okazało się, że miał ku temu nadzwyczajne inklinacje. Dorobił się słusznych pieniędzy i jako takiego prestiżu. Nie ulega kwestii, że był znacznie lepszym kupcem, niż księdzem.

I to by było na tyle. Czy tkwi tu jakiś morał? Ot, dawno temu pewien człowiek siedemnaście lat kopał studnię w litej skale, a gdy wreszcie skończył, zginął, gdyż zaufał kłamstwu. Człowiek ten posiadł gruntowną i kompletną wiedzę o świecie. Można powiedzieć, że wiedział wszystko.

Tekst odnaleziony po latach, powstał w 2009 roku