W domu panuje cisza. Sobotnie popołudnie jest szare i pochmurne, ale spokojne. G. od rana przebywa na uczelni, prowadząc wykłady. A. nocowała z kolei u koleżanki i nie zdążyła jeszcze wrócić. Jesteśmy tu zatem sami, ja i T. No i koty, te jednak prawie zawsze są cicho. Teraz zaś śpią, pożywiwszy się swoimi chrupkami.
Z kuchni dobiega delikatny szum zmywarki. Radio jest wyłączone. Dobrze słychać własne myśli oraz upływające minuty. Wkrótce będzie trzeba zająć się domowymi sprawami, podjąć nierówną walkę (i być może pozbawioną większego sensu) o utrzymanie pozorów uporządkowania otaczającej nas rzeczywistości. Ale jeszcze nie teraz.
Lubię czasem ten stan i mam wrażenie, że T. również go lubi. Dla G. wspólne przebywanie w domu bez kontaktu i interakcji to znak, że ludzie nie mają o czym ze sobą rozmawiać, symptom murszejących relacji, oznaka problemu. Nie myślę w ten sposób. Są osoby, dla których rozmowa jest jak powietrze i inni, dla których nie jest ona warunkiem koniecznym miłego spędzania czasu w swoim towarzystwie. Jakkolwiek lubię rozmowę i interakcję, to lubię też ich brak, wspólne i bezinwazyjne spędzanie czasu tak, aby pozwolić sobie na swobodną wędrówkę myśli.
Bo myśli muszą czasami odpłynąć, rozwinąć skrzydła i dać się ponieść wiatrom świadomości. Nie można ustawicznie zaprzęgać ich do pracy, gdyż w ten sposób zawsze pozostaną w miejscu, uwiązane konkretem, przykute do celu. Bezcelowość to forma wolności, być może jedyna, na którą czasami nas stać.