T. poszła dziś do szkoły gniewna. T. zwykle chodzi do szkoły gniewna. Generalnie, zazwyczaj jest gniewna. Zapodziała się gdzieś jej energia, gadatliwość i pogoda ducha. Można zrzucać to na karb pandemii, dorastania, wpływu depresyjnej przyjaciółki; można też przyjąć, że zaczyna dorastać
Nie zmienia to faktu, że tęsknię do dawnej T., tego wulkanu energii, wiecznie rozbieganej, towarzyskiej, łażącej po drzewach i śmigającej na rowerze czy hulajnodze dziewczynki. Nową T. akceptuję z pewnym smutkiem i melancholią – nikt i nic nie trwa wiecznie. Widzę i odczuwam wyraźnie, że nasz wpływ na to, kim ona jest i kim będzie, powoli ustaje.
Pokazaliśmy jej, co mogliśmy pokazać. Stworzyliśmy opcje, daliśmy jakiś pakiet doświadczeń, które pozwoliły jej posmakować świata takiego, jakim znamy i wybieramy go my. Niektóre z tych smaków stały się jej smakami, jednak tylko wybrane i nieliczne. Pozostałe odkrywa sama. Mam wrażenie, że z coraz większym lękiem, zamknięciem w sobie, nieufnością.
Przeczytałem wczoraj książkę T., dwustustronicową powieść fantasy osadzoną w rzeczywistości, gdzie świat grackich bogów przenika się z tym znanym nam, współczesnym. To bezpośrednie zapożyczenie od Ricka Riordana, który na podobnym motywie zbudował całą serię swych opowieści. Serię, którą T. pochłonęła już w całości chyba ze dwa razy.
To fajna i dość spójna książka, choć – rzecz jasna – naznaczona jeszcze niedojrzałością twórczą, warsztatową czy emocjonalną autorki. Nie mniej, jest czymś, z czego dwunastolatka powinna być dumna. Mam wrażenie, że jest, ale zarazem wstydzi się swej dumy, jakby obawiała się, że utożsamiając się za bardzo ze swoim dziełem narazi się na cios. Powieść ta jest zresztą pełna ciosów, zagrożeń i czyhających na główną bohaterkę wrogów. Przypadek? Nie sądzę
Gdy chciałem porozmawiać z T. o jej książce, dowiedzieć się szczegółów, podyskutować, ta czmychnęła czym prędzej do toalety. Wymknęła się z rozmowy i kontaktu, jak to ostatnimi laty ma w zwyczaju.
Obawiam się trochę, że już tak zostanie.