Skąd się biorą dziwne dzieci

To opowiadanie powstało kilka lat temu. Nie zapisałem dokładnej daty, ale było to na pewno przed pandemią. Nie wiem, dlaczego nie zamieściłem go tu wcześniej. Zapodziało się gdzieś w mojej cyfrowej szufladzie. A zdecydowanie powinno tu zaistnieć, bo jest proste, zgrabne i próbuje wyrazić jedną z paru towarzyszących mi w życiu intuicji. Tę, że tak naprawdę wcale nie jestem stąd.

***

Nigdy nie przestałam szukać. Wiem, że gdzieś jest droga do domu, jakieś drzwi, którymi można wrócić tam, skąd przyszłam. Choć miałam wtedy sześć lat, pamiętam wyraźnie wzór wyryty na tamtej futrynie – drobne listki bluszczu, pnące się gęstym splotem ku łukowatemu zwieńczeniu, ozdobionemu motywem podwójnego półksiężyca. W ten sposób zdobiono wszystkie drzwi w moim beetsah’n, domu-miasteczku, miejscu, na które nawet nie ma nazwy w żadnym z waszych języków. To jedno z nielicznych słów, które jeszcze pamiętam.

Mam na imię Anaya. Nie dam sobie wmówić, że jest inaczej, choć wielu próbowało i mimo że co innego jest napisane na drzwiach tego gabinetu. To imię jest we mnie, wyryte w najgłębszych pokładach duszy, jak w kamieniu. Reszta to dym i mgła, rozwiewane stopniowo wiatrem czasu. Nazwy, twarze, słowa – umykają lub tracą formę. Gdy staram się przypomnieć sobie uśmiech matki lub ciepłe, choć twarde spojrzenie Matki Matek, natrafiam na pustkę, jakąś barierę, niemożność. Czuję wówczas ból i żal, tęsknotę i gniew. Nie chciałam się tu znaleźć. Nie wiem, jak to się stało. Co zrobiłam źle? Czy zrobiłam coś źle?

To był zwykły, wiosenny poranek. Obmywałyśmy się wszystkie w świętej sadzawce na placu centralnym, ja i inne nowicjuszki, kilkuletnie dziewczynki oddane przez matki do swojego pierwszego, poważnego zadania. Pachniało kwiatami i dymem z mis kadzidlanych. Ukośny snop światła wpadał przez sklepienie, prześlizgiwał się między drobnymi listkami i malował wnętrze rozedrganym pasażem światłocienia. Drobiny pyłku tańczyły w jego mętnym blasku, jak miriady żwawych żyjątek. Gdzieś śpiewał tęsknie ptak – jak myśmy go zwały? Żółty Śpiewak? Głos Brzasku? Nie wiem. Chlapałyśmy się radośnie wodą, bo w naszych świątyniach sacrum zapraszało do uczestnictwa, nie budowało dystansu, jak w waszych monoteistycznych doktrynach. Byłam cała mokra. Rozejrzałam się za ręcznikiem i uświadomiłam sobie, że został w dormitorium. Pobiegłam po niego. W biegu, w progu, odwróciłam się jeszcze, wołając coś do innych dziewcząt. Nie pamiętam już, co. Jakąś cudowną, nieistotną błahostkę. Moja ręka natrafiła na drzwi. Czy ich dotyk, ciepło, faktura były takie, jak zwykle? Tego również już nie wiem. Popchnęłam je i wbiegłam do środka.

Ale nie było środka. Był hałas, ruch, chaos, środek jezdni. I ja. Sama, naga, znikąd. Ten człowiek w białym aucie nie miał żadnych szans, aby się zatrzymać.

Być może miałam szczęście. Być może to był jednak fart, że wyszłam prosto pod koła samochodu, zamiast trafić gdzieś indziej, do jakiegoś zapuszczonego mieszkania, prowincjonalnego sklepu, slumsu gdzieś w Indiach czy do Bagdadu, wyburzanego wtedy amerykańskimi bombami. Nie musiałam walczyć o byt, zrozumienie, zdobywać ubrań ani jedzenia. Po prostu obudziłam się w szpitalu, z nogą oraz barkiem w gipsie i z bandażami na głowie. Obolała, otumaniona i słaba. Lekarze mówili coś do mnie, ale nie rozumiałam. Przychodzili policjanci i również wychodzili z niczym. Nie pojmowałam, kim są, nie rozpoznawałam ich słów ani strojów. Pamiętam jak przez mgłę, że odczuwałam strach, jednak dominowało zdumienie, że widzę tylu mężczyzn. To za ich sprawą, nie maszyn czy obcego języka, uświadomiłam sobie najdobitniej, że znalazłam się w innym miejscu. Że to już nie jest dom.

Po latach dotarłam do wycinków prasowych z tamtych dni, do archiwalnych stron internetowych, strzępków informacji. „Dziecko znikąd”. „Jak zjawa”. „Kim jest sierota z autostrady?” i tak dalej. Artykuły prześcigały się w domysłach, kim byłam i skąd się wzięłam. Administracja transportu drogowego zarzekała się, że nie doszło do nieprawidłowości, że teren był należycie ogrodzony i zabezpieczony, natomiast naoczni świadkowie przysięgali, że widzieli, jak przechodzę przez zamknięte drzwi serwisowe. Pewien znany jasnowidz deklarował chęć pomocy. Popularny prywatny detektyw podjął się wyjaśnienia zagadki, jednak wkrótce zrezygnował na rzecz innej, bardziej jednoznacznej sprawy. Właściwie medialne doniesienia zgadzały się jedynie w kwestii tożsamości kierowcy, który mnie potrącił, marki samochodu, oraz tego, że karetka zabrała mnie do szpitala z ciężkimi obrażeniami.

No i faktu, że kierowca był trzeźwy. To zawsze zajmowało opinię publiczną.

Na podstawie innych źródeł ustaliłam potem, że policjanci zrobili, co mogli, aby dowiedzieć się, kim jestem i skąd się wzięłam. Przeszukali listy osób zaginionych, sprawdzili, czy nikt nie zgłaszał ucieczki dziecka, prześledzili szlaki przerzutowe handlarzy ludźmi. Niczego nie znaleźli. Niczego, co podpowiadała logika. Dali sobie więc spokój, bo i tak zrobili przecież więcej, niż wymagały ich obowiązki. Pozostałam dzieckiem znikąd. Dla nich. Bo ja przez cały czas dokładnie wiedziałam, skąd się wzięłam. Nie miałam tylko pojęcia, jak to się stało, ani komu o tym opowiedzieć.

Potem nastał czas w domach dziecka i rodzinach zastępczych. Długie lata, z których moim najsilniejszym, najbardziej wszechogarniającym wspomnieniem jest poczucie całkowitej, dojmującej samotności. Z oczywistych powodów nie odnaleziono mojej rodziny ani bliskich. Z mniej oczywistych przyczyn zawsze, gdziekolwiek się znalazłam, byłam omijana i wypychana poza nawias. Owszem, bywałam agresywna, jak każde uwięzione, zaszczute zwierzę. Owszem, przylgnęło do mnie piętno wariatki i dzikuski, szczególnie na początku, gdy nie umiałam jeszcze mówić w waszym języku. Potem jednak uspokoiłam się, choć może trafniej byłoby powiedzieć – uspokojono mnie. Stłamszono. Zduszono tę dziką chęć wyrwania się na zewnątrz i rzucenia do szaleńczego biegu do domu. Dokąd miałabym biec? Skąd miałabym wziąć środki do życia? Co miałabym jeść? Jednak mimo, że z upływem lat przestałam być agresywna, nauczyłam się mówić, udawać uśmiech i żyć, to nawet w nowych miejscach rówieśnicy szybko odsuwali się ode mnie, jakby wiedzeni instynktem, jakąś tajemną, sierocą wersją szóstego zmysłu.

Jeśli natomiast chodzi o naukę, to byłam bardzo pilna. Była to dla mnie jedyna forma ucieczki z tego świata. Chciałam wiedzieć wszystko i poznać wszystko, aby zrozumieć, gdzie jestem i co się stało. Aby przejrzeć ten podły, okrutny kaprys, który rzucił mnie w to miejsce. Poza tym, nauczyciele odnosili się do mnie lepiej, niż inni. Moją dociekliwość, niezmordowaną wytrwałość w przebijaniu się przez najnudniejszy nawet materiał interpretowali jako zainteresowanie ich dziedziną i respekt dla ich pracy.

Dopiero pod koniec szkoły średniej i na uniwersytecie nawiązałam pierwsze bliższe relacje z ludźmi. A raczej – z kobietami. Mężczyźni do dziś są dla mnie obcy. Nie potrafię przełamać się, wyprzeć z najgłębszych warstw świadomości przekonania o ich podrzędnej roli w świecie. Moim świecie. Wiem, że tu są inni i widzę, że z niektórymi z nich mogłabym znaleźć wspólny język. Z panem przecież rozmawiam. Jednak uczucie odrazy jest silniejsze ode mnie, jak instynktowna reakcja waszych dzieci na pająki lub węże. Proszę nie brać tego do siebie.

To był jedyny czas, gdy doświadczyłam swego rodzaju akceptacji ze strony tego świata, a także jedyny czas, gdy czymś podobnym mu się zrewanżowałam. Za dnia rzucałam się w wir nauki, pochłaniając kolejne książki, dysertacje oraz artykuły z młodzieńczą zachłannością i zapełniając starannymi notatkami całe sterty skoroszytów. Byłam stałą bywalczynią czytelni i pracowni komputerowych, zwiedziłam chyba wszystkie filie bibliotek w mieście. Popołudniami i wieczorami chodziłam do pracy w mniej lub bardziej podrzędnych fast-foodach i pubach, aby zarobić na swoją świeżo wywalczoną samodzielność. Gdy tylko stało się to prawnie możliwe, wyprowadziłam się od ludzi, którzy sprawowali nade mną opiekę, by już nigdy do nich nie wrócić, nigdy się nie odezwać. Nie chodzi o to, że żywiłam do nich złe uczucia. Nie żywiłam bowiem żadnych uczuć, tak jak nie żywi się uczuć wobec przypadkowych przechodniów. Byli dla mnie przechodniami. Nie rodziną.

Surogatem rodziny natomiast stali się dla mnie ludzie, z którymi potem pomieszkiwałam. Te niewyraźnie migoczące gwiazdki w konstelacjach neurotycznych uwikłań, które dla niewprawnego oka mogły nawet wyglądać jak przyjaźń. Czymś na wzór relacji stały się te przelotne związki, pretensjonalne problemy, pobieżnie poufałe współuczestnictwo w gwałtownych nocnych ekscesach. Autodestrukcji oddawałam się z namiętnością symetryczną do tej, którą przejawiałam w zdobywaniu wiedzy, jakbym chciała ukarać się za ten moment nieuwagi, nieświadomy krok przez próg, który zmienił wszystko. A być może po prostu to lubiłam, a reszta to usprawiedliwienie.

Jednak nie da się długo płonąć tak jasnym płomieniem. Ja również w kilka lat wypaliłam młodość i gniew. Kończąc studia, byłam już uspokojona, zdeterminowana i pewna. Wiedziałam, że jest tylko jedna rzecz, której mogę się tu poświęcić – wiedza. Tylko ona dawała mi cień nadziei na to, że zrozumiem, skąd przychodzę, a może nawet dowiem się, jak wrócić. Tylko ona koiła tęsknotę.

Zostałam na uniwersytecie. Przyszło mi to dość łatwo. Miałam doskonałe wyniki i nienaganną opinię tytana pracy. Moim trudnym charakterem nikt się za bardzo nie przejmował. Dzięki temu zapewniłam sobie skromne, ale stabilne źródło utrzymania. Mogłam oddać się tylko temu, co mnie interesowało.

Kulturoznawstwo, archeologia, filozofia. Religioznawstwo, gnoza, okultyzm. W każdej z tych dziedzin jestem jedną z najczęściej cytowanych współczesnych autorek, interdyscyplinarną ekspertką od wiedzy niepotrzebnej. Koleżanki i koledzy widzą we mnie zapaloną, niezmordowaną badaczkę tych mało życiowych dziedzin. Przypisują mi pasję i miłość do przedmiotu. Zazdroszczą dorobku i zapału. Oczywiście, mylą się. Moja praca nie jest podporządkowana miłości. W splątanej sieci historii, sensów i znaczeń pragnę odnaleźć gdzieś symbolikę, którą pamiętam. Symbolikę, która jak nić Ariadny wskaże mi drogę do właściwych drzwi. Do domu.

Moja praca jest podporządkowana ucieczce.

Do dziś wierzę, że mi się uda i że gdzieś są inne drzwi, za którymi czeka świat, który już ledwo pamiętam, choć wiara ta tli się we mnie coraz słabszym, kopcącym tęsknotą płomieniem. Często budzę się w środku nocy, wychodzę na balkon, palę papierosy i patrzę przed siebie. Po prostu – przed siebie: na miasto, gwiazdy, przelatujące wysoko migotliwe światełka sputników lub latające spodki, śmigające gdzieś w swoich mrocznych sprawach. Patrzę i czuję coś czarnego i ciężkiego, wzbierającego mi w piersi. Może to rozpacz, a może rak.

Od czasu do czasu, gdy śpię, śni mi się mój dom. Nie to mieszkanie na szóstym piętrze, lecz dom – tamten, prawdziwy. Wszystko jest takie realne! Kolory. Dźwięki. Nawet zapachy. Pamiętam mój język, biegam z innymi nowicjuszkami i jest tak, jak powinno być. Gdy uświadamiam sobie, że to sen, marzę, by nigdy się nie obudzić.

Jednak czasami myślę: a co, jeśli znajdę drogę powrotną i okaże się, że tam jestem już tak samo obca, jak tutaj? Spójrz na moją rękę. Spójrz na ten gest. Widzisz? Ten ruch nadgarstka, to delikatne zgięcie palców… To glif ognia, najprostsze zaklęcie, którego Matka Matek uczy małe nowicjuszki. Znałam je. Jestem tego pewna. Gdy wykonywałam ten gest, z koniuszków moich palców strzelały cieniutkie smużki płomienia. Tańczyły na moich opuszkach jak małe duszyczki. Były takie piękne.

Takie piękne.

***

Jej zgrabne, delikatne, lekko pożółkłe od nikotyny palce zawisają w powietrzu pomiędzy nami. Kreślą skomplikowany, subtelny gest.

Nic się nie dzieje.