W zbiorku esejów Przyszłość prawdy wydanym przez warszawskie wydawnictwo Obroty Werner Herzog rozważa kondycję prawdy we współczesnym świecie. Nie są to rozważania wybitnie podszyte aparatem pojęciowym czy też wymagające znacznego zaangażowania intelektualnego. Są raczej luźnymi myślami i refleksjami człowieka zanurzonego jakoś w świeci i kulturze, obytego i w jakiś sposób zatroskanego, który swe konkluzje ubiera w szatę krótkich, zamkniętych form tekstowych. Dobrze się to czyta, mimo że wnioski nie są może szokująco nowatorskie. Jednak liczba anegdot i kontekstów, przywoływanych przez niemieckiego reżysera, czyni zadość głodowi intelektualnej strawy.
Wpadł mi też w ręce Głos Pana Stanisława Lema, książka o pierwszym kontakcie ludzkości z przekazem od obcej inteligencji, stanowiąca science fiction w najbardziej naukowym wydaniu, jakie możemy sobie wyobrazić – oto bowiem rozgrywająca się w środowisku naukowców i naukowy dyskurs obierająca sobie za bohatera, zamiast statków kosmicznych czy laserów. Jedno ze zdań, które w niej wyczytałem, wchodzi w znakomitą synergię z rozważaniami o prawdzie, snutymi przez Wernera Herzoga.
Okazuje się jednak, że wolność słowa bywa dla myśli środkiem bardziej zabójczym; zakazane myśli mogą krążyć potajemnie, ale co zrobić tam, gdzie doniosły fakt ginie w powodzi falsyfikatów, a głos prawdy zagłuszony zostaje niesamowitą wrzawą i chociaż swobodnie się rozlega, nie może być dosłyszany, albowiem techniki informacyjne doprowadziły, jak dotąd, jedynie do sytuacji, w której najlepiej odbierać można tego, kto ryczy najgłośniej, choćby i najnieprawdziwiej?
Stanisław Lem, „Głos Pana”, s. 32 (e-book)
Lem napisał to zdanie w 1968 roku. Pozostawmy to na chwilę, by wybrzmiało. Niemal sześćdziesiąt lat temu autor ten naszkicował doskonały portret sytuacji, w której znalazła się prawda w trzeciej dekadzie XXI wieku. Ale odłóżmy na bok uznany już przecież geniusz Stanisława Lema i skupmy się na tym, co mówi.
Globalny Internet i sieci społecznościowe doprowadziły do takiej właśnie sytuacji, w której każdy może wygłosić swoją prawdę, jednak od donośności przekazu – popularności, zasięgów, rozpoznawalności – zależy, która prawda poniesie się w społeczeństwo. Głos influencera, opowiadającego bzdury na temat szczepionek czy lądowania na Księżycu, ma większą siłę rażenia, niż głos naukowca, który gdzieś na łamach Nature opisuje wiernie obecny stan wiedzy naukowej na te tematy. Skutkuje to, niestety, zidioceniem współczesnego społeczeństwa Zachodu oraz jego niesamowitą wprost podatnością na dezinformację.
Czy to wina Internetu i mediów społecznościowych, czy raczej nas? Sama technologia nie jest ani dobra, ani zła; dobre i złe mogą być jej zastosowania, te zaś zależą od podejmowanych przez ludzi decyzji. Jak zwykle, nadbudowa nie nadąża za rozwojem bazy (mówiąc po marksistowsku); kultura, edukacja i rozumienie są zapóźnione względem możliwości stwarzanych przez nowe technologie. Tak pisze o tym Herzog:
Będziemy musieli szybko dorosnąć do świata cyfrowego ze wszystkimi jego przejawami. Złe doświadczenia zmuszają nas do podobnej ostrożności, jak to przez bardzo długi czas było konieczne w prehistorycznych społeczeństwach zbieraczy i myśliwych. Możemy założyć, że nie spożywano wtedy trujących jagód ani grzybów, nawet niechcący. Można przypuścić, że mimo to nie postrzegano natury jako wroga. W naszym przypadku oznacza to, że każda prośba o przelew bankowy może być oszustwem, każdy e-mail, który do nas przychodzi, pochodzić od robota, za każdą prośbą nawiązania kontaktu z młodymi dziewczynami w mediach społecznościowych może kryć się pedofil, każda okazja przyciągająca kusząco niską ceną może być przestępczą próbą wyłudzenia hasła i danych bankowych, każde zdjęcie może być przerobione, a każdy film okazać się deepfakiem. Brzmi to jak straszne obciążenie, ale spotkałem młodych ludzi, którzy radzą sobie z tym bardzo łatwo, bez wysiłku.
Werner Herzog, Przyszłość prawdy, s. 113
Ceną prawdy staje się wieczna czujność. Przestaje ona być dana. Musi zostać upolowana.