To stary tekst. Powstał w 2009 roku. Wówczas byłem do niego przekonany, później wydał mi się niezgrabny, trochę pretensjonalny.
Przeglądam stare materiały, czytam to opowiadanie i dostrzegam w nim jakąś dokumentację mojego sposobu myślenia i pisania sprzed lat. Pod niektórymi względami był lepszy, niż dziś, pod innymi – bardziej niedojrzały.
Bardzo mnie ciekawi, jak odczytam ten tekst za kilka lub kilkanaście. Dlatego zostaje.
***
Wszystko zaczęło się od uderzenia, a właściwie od siarczystego policzka, który Pietrowiczowa wymierzyła Noskowi. Niepierwszy to był raz, który mu przypadł w udziale, nikt się więc nie spodziewał, że wynikną zeń jakieś nadzwyczajne konsekwencje.
– I żebyś to raz na zawsze zapamiętał, gówniarzu! – syknęła kobieta przez zaciśnięte zęby. Wskazała przy tym na rozdeptane resztki gotowanego kurczaka, które Nosek przez dłuższą chwilę wdeptywał był w wypłowiały dywan w saloniku. Nie wiem, jaki afront uczynił mu kiedy drób, ale musiał to być afront srogi. Odkąd pamiętam, Nosek wykazywał bowiem inklinacje do barbarzyńskich zachowań takich, jak wdeptywanie kurcząt w dywan, nawet po wygotowaniu z nich wszelkich oznak życia.
Pietrowiczowa zapewne również nie znajdowała wytłumaczenia dla tego rodzaju ekstrawagancji. Stojąc nad Noskiem, wydzierała się nań z werwą i wykorzystaniem szerokiej palety inwektyw. Nosek kraśniał coraz bardziej. Jego tłusta twarz pęczniała od wzbierającej krwi, zaś wydatny nos marszczył się srodze, jak u foksteriera. Pietrowiczowa najwyraźniej nazbyt zapamiętała się w swej werbalnej kanonadzie, gdyż nie spostrzegła, że wskutek niej ogarnia Noska nie wstyd, lecz bezgraniczna wściekłość.
Odsunąłem się nieco, wietrząc kłopoty. Miałem pewien dar, który pozwalał mi przeczuwać ogólną tendencję rozwoju zdarzeń. Nie byłem, rzecz jasna, jasnowidzem; nie potrafiłem określić, co konkretnie stanie się za minutę, dwie lub później. Jednak gdy mówiłem: „Będą kłopoty” – były kłopoty. Nie myliłem się nigdy. Dlatego też, mimo że nie posiadałem zgoła żadnych zdolności prestidigitatorskich, inne dzieci wołały na mnie „Magik”. Nie przeszkadzało mi to. Przeciwnie, łechtało mile moją próżność, gdyż byłem dzieckiem próżnym właśnie i skłonnym myśleć o sobie w kategoriach wyjątkowości. Zatem – tak, byłem Magikiem i byłem zupełnie pewien, że będą kłopoty.
Pozostali odsunęli się również, zapewne widząc moją przezorną rejteradę. Cofnęliśmy się pod ściany saloniku, skryliśmy za stołami, wsunęliśmy miedzy regały z zabawkami i barwnie ilustrowanymi książeczkami. Na środku pomieszczenia, niby na arenie, pozostała jedynie drąca się Pietrowiczowa i dokumentnie już buraczkowy Nosek.
Kobieta wykrzyczała się wreszcie. Otarła wierzchem dłoni brodę, którą opluła sobie uprzednio spienioną w złości śliną. Odetchnęła głęboko; jej monstrualne piersi rozdęły się przy tym znacznie, wypychając jak zwykle guzik z luźnej dziurki w koszuli.
– Posprzątaj to teraz – powiedziała uspokojona nagle, chłodna. Jak to Pietrowiczowa. Odwróciła się na pięcie i ruszyła do kuchni. Uszła zaledwie kilka kroków.
Kraśny Nosek porwał z podłogi widelec, który porzucił był obok kurzego truchła, i cisnął nim z impetem za odchodzącą kobietą.
Najważniejsze zdarzenia w naszym życiu mają nieznośną tendencję do zachodzenia nagle i tak szybko, że nie sposób później ocenić, dlaczego przebiegły w ten, a nie inny sposób. Zdumieni zauważamy, że zastały nas w chwili kompletnego nieprzygotowania. Zażenowani konstatujemy, że nie zrobiliśmy nic z rzeczy, które powinniśmy zrobić. W rezultacie zdarzenia te stają się zagadnieniem wstydliwym, rodzajem mrocznej sprawy intymnej, której nie dzielimy z nikim, co najwyżej z ciemnością pokoju. Lub z lustrem. Wypychamy je z pamięci – lub odwrotnie; wpychamy tak głęboko, że sami później żadną miarą nie możemy ich odnaleźć. W ten sposób sprawiamy, że nasze życie staje się pozbawione najważniejszych zdarzeń, a wskutek tego – nieważne i bezsensowne. Stąd prosty wniosek, że sens życia jest sprawą refleksu.
Jednak ja zawsze byłem powolnym dzieckiem.
Również wówczas mogłem zareagować inaczej. Szybciej. Mogłem skoczyć ku Noskowi i wytrącić mu widelec z dłoni. Mogłem krzyknąć na Pietrowiczową, ostrzec przed nadlatującym zagrożeniem. Mogłem zrobić cokolwiek, bo przecież wiedziałem, co za chwilę nastąpi.
Nie zrobiłem nic.
Widelec świsnął wzdłuż sali malowniczym łukiem i utkwił Pietrowiczowej tam, gdzie czaszka łączy się z szyją. Kobieta nie wydała żadnego dźwięku. Wierzgnęła tylko śmiesznie, po czym zwaliła się ciężko na podłogę, jak wielka, szmaciana lala.
*
– Żyje – zawyrokował Pchełka.
Pchełka wyglądał jak pchełka. Był mały, chudy i nieco garbaty. Poruszał się niezwykle szybko. Od czasu do czasu ramię podskakiwało mu do ucha w nagłym skurczu. „To tik nerwowy”, tłumaczył fachowo. Jego ojciec był lekarzem. Leczył nogi starych kobiet z modrych, nabrzmiałych jak winogrona żył. Mimo tej dość wąskiej specjalizacji, zdaniem Pchełki, znał się na wszystkich chorobach, jakie dobry Bóg zesłał na ukochaną ludzkość. Stąd też, naturalną koleją rzeczy, to Pchełka uchodził wśród nas za specjalistę od kłopotów ze zdrowiem. A Pietrowiczowa miała akurat ewidentny kłopot ze zdrowiem.
– Żyje – powtórzył z przekonaniem, pochylając się nad kobietą. Jej oczy były otwarte, lecz źrenice uciekały gdzieś pod powieki. Twarz wykrzywiał dziwny, niesymetryczny grymas, zaś usta to rozwierały się lekko, to znów zaciskały silnie, aż do zbielenia warg. Ciekła z nich przy tym cieniutka strużka śliny. Kończyny Pietrowiczowej drgały nieznacznie w niekontrolowanych spazmach.
– Co jej jest? – zapytał Nosek. Tłoczyliśmy się wokół leżącej opiekunki ciasnym kręgiem, jednak Nosek stał z tyłu. Był zupełnie blady. Jego twarz skurczyła się, zaś nos zdawał się większy, niż kiedykolwiek.
– Ma padaczkę – zawyrokowała Mucha. Była bardzo mała, bardzo brzydka i bardzo ruchliwa. Na mocy jakiejś odwiecznej, entomologicznej awersji, nie znosiła się z Pchełką, nie przegapiając żadnej okazji, by mu dopiec lub dokuczyć.
– Głupia jesteś jak but – stwierdził spokojnie Pchełka. – To nie padaczka. To febra.
– Febra! – prychnęła Mucha z pogardą.
– Febra – potwierdził Pchełka z mocą. – Zobaczcie, ma wszystkie objawy, tego…, kliniczne – dodał.
Zagapiliśmy się na wierzgającą lekko Pietrowiczową. Trwało to raczej długo.
– Czyli co? – spytałem wreszcie bez przekonania.
– Czyli leży. No i ma dreszcze – wytłumaczył mi Pchełka. Ramię podskoczyło mu do ucha. Zdałem sobie sprawę, że mówi najzupełniej poważnie. Podrapałem się w kark, zmarszczyłem brwi. Musiałem wyglądać na niezbyt przekonanego, gdyż Pchełka zaczął mnie nagle gorąco zapewniać, że się nie myli.
– To febra – piszczał z przejęciem. – Bezwład, słabowitość, nieruchawość ogólna, lica bladość i te, tego…, spazmy. Febra jak malowanie! Jak z Corpus Hippocraticum! Jak…
– I co się z nią robi? – przerwałem mu.
– Kładzie się pacjenta do łóżka, przykrywa pierzyną, a na czoło przykłada chłodną, mokrą szmatkę – objaśnił Pchełka.
– I to wszystko?
Kiwnął głową. Pietrowiczowa wierzgnęła. Nosek podszedł wreszcie do nas i stanął obok mnie. Poczułem, że sytuacja nieuchronnie ciąży w jedną stronę. W tę mianowicie, że to ja mam zdecydować, co dalej robić. Spojrzałem na resztę. Gapili się na mnie wyczekująco. Cała siódemka.
– No dobrze – mruknąłem. – Zaciągniemy ją na leżankę, przykryjemy i zrobimy tak, jak mówi Pchełka. Tylko najpierw wyciągnijmy z niej ten widelec.
Unieśliśmy lekko głowę Pietrowiczowej. Pchełka objął ją mocno oburącz, jak piłkę, zaś ja ująłem rękojeść sztućca i pociągnąłem. Widelec wyskoczył z ciała z cichym mlaśnięciem. Kobieta drgnęła lekko i zwiotczała. Jej oczy znieruchomiały, zezem rozbieżnym mierząc gdzieś w dwa przeciwległe bieguny uniwersum. Wzięły w posiadanie świat od wschodu do zachodu, lub od północy po najdalsze krańce południa. Oślepły jednak na to, co rozgrywało się na wypłowiałym dywanie w saloniku. Oślepły definitywnie i na zawsze.
Milczeliśmy. Tylko Mucha zachichotała, ale szybko ucichła pod ciężkim spojrzeniem Noska.
Pchełka odchrząknął.
– Teraz nie żyje – stwierdził.
*
– Co to znaczy, że nie żyje? – spytała Lolitka.
Siedzieliśmy w krąg wokół martwej Pietrowiczowej, jedni na podłodze, inni na krzesłach. Bliźniaczki leżały wtulone w siebie na leżance pod oknem i ssały sobie wzajem kciuki. Wyglądały na bardzo uszczęśliwione tym obrzydliwym zajęciem i zdawały się zupełnie nie dostrzegać powagi sytuacji. Ogólnie zdawały się nie dostrzegać niczego, poza sobą. Jak zwykle. Nie pojmowałem ich wzajemnego oddania. Nie pojmowałem też, jak lizanie sobie czegoś wzajem może przysparzać komuś jakiejkolwiek przyjemności.
– Magik? Co to znaczy, że ona nie żyje? – powtórzyła Lolitka. Podeszła do leżącej Pietrowiczowej i powiodła swym ślicznym paluszkiem wzdłuż strużki śliny, zastygającej powoli na policzku kobiety.
Lolitka była Lolitką za sprawą Pietrowiczowej. Uważaliśmy, że to bardzo sympatyczne miano dla tak słodkiej osóbki. Lolitka była bowiem bardzo ładna. Była też dużo starsza od nas. No i była nienormalna, cokolwiek by to miało znaczyć, bo w moim odczuciu zachowywała się bardziej normalnie, niż większość dorosłych. Zachowywała się tak, jak my. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby wszyscy starsi byli jak Lolitka.
Z jakiegoś powodu Pietrowiczowa uważała jednak, że Lolitka została Lolitką za karę i że powinna się tego wstydzić. Lolitka, rzecz jasna, niczego się nie wstydziła, co, bynajmniej, nie przysparzało jej sympatii Pietrowiczowej.
Było to tak.
Pietrowiczowa miała męża. Był nim dorodny jak dąb drab o twarzy Humpreya Bogarta. Pachniał czymś intensywnym i ostrym. Ubierał się w lśniące, czerwone koszule i luźne, ciemne marynarki. Uśmiechał się szelmowsko i palił papierosy w sposób znamionujący wielką swadę i obycie w świecie.
Mężczyzna przychodził często odwiedzać Pietrowiczową, która na początku cieszyła się bardzo, gdy tylko stawał w drzwiach. Kazała nam wówczas bawić się grzecznie, sama zaś ochoczo przytulała się do swego wybranka. Ocierała się o niego swym wielkim biustem i prężyła jak kotka, choć przyznaję, że porównanie do kotki jest tu nad wyraz mylące. Jedna kotka wystarczyłaby, by obdzielić wdziękiem całą kohortę Pietrowiczowych.
– Chodź, upiekę ci racuchy – chichotała szelmowsko kobieta, ciągnąc męża do kuchni. Znikali na jakiś czas. Potem wracali do nas, rozleniwieni, weseli, uśmiechnięci. Pierowiczowa gładziła nas po głowach i mówiła nam miłe rzeczy. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Lubiliśmy więc męża Pietrowiczowej, mimo że nigdy nie chciał podzielić się z nami racuchami, którymi tak ochoczo go ponoć obdarzała.
Później jednak przestali chodzić do kuchni. Siedzieli tylko przy stole w saloniku, palili cuchnące papierosy i rozmawiali na tematy, na które rozmawiają dorośli. Uśmiechali się nadal, czasem trzymali za ręce. Potem już się nie trzymali, ani nie uśmiechali. Pietrowiczowa z reguły mówiła coś szybko nerwowym szeptem, a on słuchał, lub udawał, że słucha, patrząc w kąt pomieszczenia. Potem wstawał i wychodził bez słowa, a Pietrowiczowa była zła. Nie głaskała nas już i nie mówiła nam miłych rzeczy. Jednak nadal lubiliśmy jej męża. Uważaliśmy, że to nie jego wina, że Pietrowiczowa jest zła. W końcu to Pietrowiczowa – ona zawsze była zła.
Pewnego dnia mąż Pietrowiczowej zjawił się, gdy ta wyszła załatwić sprawunki. Czasami wychodziła załatwiać sprawunki, a my bawiliśmy się wtedy w Siuksów. Wiązaliśmy sobie szarfy na głowach i wydzieraliśmy orle pióra z kartek kolorowego papieru. Dziewczyny biegały w podkoszulkach, gdyż ich zdaniem bardziej odpowiadało to tradycyjnym strojom indiańskich niewiast. Było nam wszystko jedno. My polowaliśmy na bizony, one zaś pozostawały w tipi i oddawały się bliżej nieokreślonym, lecz bez wątpienia bezbrzeżnie nudnym zajęciom.
Tamtego dnia, gdy byliśmy na polowaniu, wioskę zaatakowali Szoszoni, a Lolitka odniosła śmiertelną ranę. Wetknęła sobie parasol pod pachę i oblała się sokiem wiśniowym, po czym padła bez życia w kałuży wiśniowej posoki.
Spłoszyliśmy się nieco, gdy mąż Pietrowiczowej stanął w drzwiach. On jednak machnął niedbale dłonią, każąc nam wracać do swoich spraw. Rozsiadł się na fotelu Pietrowiczowej, wydobył papierosa z wewnętrznej kieszeni marynarki i właśnie miał go zapalić. Wówczas spostrzegł Lolitkę w kałuży słodyczy. Jej nie tak znów małe ciało przezierało wiśniowo spod mokrego podkoszulka. Wpatrzył się w nią tak, jak w Pietrowiczową, gdy pierwszy raz szli piec racuchy w swych lepszych czasach. Patrzył długo i intensywnie. W końcu wstał i podszedł bliżej.
– Coś nie tak, mała squaw? – zapytał grzecznie. Lolitka zachichotała.
– Nie żyję – odparła radośnie. Wskazała na tkwiący pod jej pachą parasol. – To jest strzała, a to krew – wyjaśniła.
– Ojej – zmartwił się mąż Pietrowiczowej i delikatnie dotknął Lolitki. Uśmiechnął się szeroko. – Rana nie jest głęboka – zawyrokował. – Opatrzę ją i będzie po sprawie.
Przestaliśmy polować na bizony i zbliżyliśmy się.
– Nie jesteś Siuksem – zauważył przytomnie Nosek.
Mąż Pietrowiczowej nie przestawał się uśmiechać.
– To prawda. Jestem kowbojem – odparł. Nie wyglądaliśmy chyba na ukontentowanych, gdyż zaśmiał się nerwowo. – Takim dobrym kowbojem. Znam się na tym. Jak wszyscy dobrzy kowboje – zapewnił.
– Więc co trzeba zrobić? – spytał nieufnie Pchełka.
– Przede wszystkim odkryć ranę, aby móc ją opatrzyć – rzekł mąż Pietrowiczowej. Wyjął Lolitce parasol spod pachy, posadził ją i zdjął podkoszulek. Pogładził delikatnie powalany sokiem wiśniowym bok, a ja zauważyłem, że Lolitka ma piersi. Nie takie, jak Pietrowiczowa – mięsiste miechy, wylewające się z sutego biustonosza – lecz małe wzgórki, jak czereśnie. Mąż Pietrowiczowej też to zauważył. Przełknął ślinę.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział cicho. Dziwnie.
Lolitka uśmiechnęła się wesoło, szeroko otwierając swe przepastne, zielone oczy.
Zdarzenia, które nastąpiły potem, przebiegły szybko. Zaczęło się od tego, że spostrzegliśmy stojącą w drzwiach Pietrowiczową. Była blada jak ściana. W zaciśniętych pięściach ściskała uszka toreb na zakupy.
– Pietrowiczowa – syknęła ostrzegawczo Mucha. Czmychnęliśmy pod ściany jak stado spłoszonych bizonów, które jeszcze przed chwilą stały za nami, lecz wtem rozpłynęły się gdzieś pomiędzy regałami. Mąż Pietrowiczowej poderwał się raptownie, równie blady, jak jego przybyła niepostrzeżenie wybranka. Lolitka zaś pozostała na środku saloniku, półnaga, utytłana wiśniami, uśmiechnięta.
Maż Pietrowiczowej powiedział coś błagalnym tonem, lecz ta zdawała się nie słyszeć. Upuściła na podłogę torby ze sprawunkami; usłyszeliśmy trzask tłuczonych jaj. Kilka dojrzałych pomidorów potoczyło się w kąt saloniku. Pietrowiczowa ruszyła powoli ku mężczyźnie, który tymczasem skurczył się do rozmiarów chłopca i począł cofać rakiem w kierunku okna. Wtem wystrzeliła, jakby ktoś zwolnił tkwiącą w niej sprężynę, wyminęła Lolitkę, dopadła męża i huknęła go z całą mocą w twarz. Poczerwieniał jak rzodkiew. Pietrowiczowa wymierzyła kolejny policzek. I jeszcze jeden, i jeszcze raz. Staliśmy osłupiali, gdy – rozpętana jak bogini ognia i pożogi (aczkolwiek cokolwiek blada) – okładała mężczyznę bez pardonu. Ten wołał coś żałośnie niedorzecznego. Nie słuchała. Wreszcie uchylił się spod jej ciosów, doskoczył do okna i umknął. Nie widzieliśmy go nigdy więcej.
Pietrowiczowa płakała. Byłem zdumiony. Nie widziałem, by robiła to kiedykolwiek przedtem. Nie sądziłem nawet, że potrafi. Bardzo się jej bałem, jednak w tamtej chwili zrobiło mi się jej żal. Lolitce chyba też. Wstała ze swego wiśniowego miejsca zbrodni i podeszła do Pietrowiczowej. Dotknęła nieśmiało jej dłoni.
Pietrowiczowa odwinęła się gwałtownie i uderzyła Lolitkę w policzek. Dziewczyna usiadła pod impetem ciosu – a może z wrażenia – po czym wlepiła w kobietę wylęknione, zielone spojrzenie.
Opiekunka wyglądała okropnie. Jej twarz nabrzmiała wściekłością i wstydem, a oczy szkliły się śluzowatymi łzami. Usta wykrzywiał grymas, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Lolitka gapiła się na nią szeroko, bezradnie, a jej policzek nabiegał purpurą. Pietrowiczowa z kolei patrzyła na Lolitkę tak, jakby chciała ją natychmiast uśmiercić. Albo gorzej.
Przez nieznośnie długą chwilę nic się nie działo. Kobieta oddychała głośno i szybko. Potem ciszej i wolniej. I jeszcze wolniej. W końcu wydobyła z kieszeni płaszcza chusteczkę, otarła twarz z łez, wydmuchała nos i poprawiła zmierzwioną fryzurę.
– Wszyscy na leżanki – rozkazała spokojnie. Znów była opanowana, chłodna. Jakby nic nie zaszło. Natychmiast pobiegliśmy na swoje miejsca.
– A ty umyj się i ubierz – rzekła do Lolitki. – I wytrzyj podłogę. Porządnie.
Lolitka wstała pokornie i pobiegła do łazienki. Pietrowiczowa patrzyła za nią zimno i beznamiętnie.
– Zasrana lolitka – wycedziła wreszcie.
*
– Magik? – Lolitka wciąż patrzyła na mnie wyczekująco. – Że nie żyje? Co to znaczy?
Wzruszyłem tylko ramionami. Skąd niby miałem wiedzieć?
*
Zrazu i zwykle rzeczy dzieją się po kolei, co stwarza wrażenie, że porządkuje je jakaś zewnętrzna bądź wewnętrzna logika. Następstwo zdarzeń świadczyć ma bowiem o ich wzajemnym związku i o tym, że pewne z nich dzieją się za sprawą innych. Nie wiem, czy to prawda. Nie mam pewności, z czego wynikło to, co zaszło owego dnia. Wciąż mam wrażenie, że wszystko mogło potoczyć się inaczej. Zupełnie inaczej. Bo mogło, prawda?
Tego dnia rodzice nie przyszli. Wypatrywaliśmy ich do zmierzchu, przylepieni do brudnych szyb okiennych w saloniku. Pietrowiczową zawlekliśmy do piwniczki, bo tam jest dobre powietrze. Jak w sanatorium. Zostawiliśmy jej uchylone drzwiczki, aby mogła wyjść, gdy już będzie gotowa. Poza tym nie wiedzieliśmy, co zrobić. Poszliśmy więc spać na leżanki. Po raz pierwszy, kładąc się na nie, byliśmy autentycznie zmęczeni.
Rodzice nie przyszli też dnia następnego, ani kolejnego, ani żadnego z tych, które nastały. Każdego popołudnia przytykaliśmy nosy do zimnych, brudnych tafli szyb, jednak po drugiej stronie nie dostrzegaliśmy nic, prócz szarej, pustej ulicy i deszczu. Mimo to z dnia na dzień robiło nam się nieco lżej na sercach. Okazało się bowiem, że umiemy sobie radzić bez rodziców i bez Pietrowiczowej.
Lolitka objawiła niespodziewany talent kucharski. Gdy już ogarnęła swym lolitkowym rozumem przestrzeń kuchni, gdy rozpoznała nieznane dotąd funkcje garnków i przejrzała na wskroś magiczne zastosowanie przypraw, zaczęła szybko nabierać biegłości. Z podziwem obserwowałem jej postępy. Po pierwszych, zupełnie niejadalnych rezultatach kulinarnych eksperymentów, przyszedł czas pstrąga po pastersku, kotlecików cielęcych marynowanych w ziołach, odsmażanych pierogów z mięsem i żurawiną, świeżego łososia w sosie koperkowym, muli po marynarsku i wielu innych symfonii smaku, których nazw nie potrafię już nawet powtórzyć.
Nosek zajął się logistyką i transportem. Jego najpierwszą i główną funkcją było przenoszenie ciężkich przedmiotów z miejsca na miejsce, przy czym najczęściej „ciężkie przedmioty” oznaczały skrzynie z zapasami, które trzeba było nosić do– i ze spiżarni. Spiżarnia była pod schodami, a skrzyń było wiele. Potrzeba było nie lada siły, aby sprostać zadaniu, a Nosek tę siłę posiadał. Przekonaliśmy się o tym dobitnie w dniu, w którym jednym ciosem widelca powalił na deski samą Pietrowiczową.
Pchełka początkowo upierał się, że będzie nas leczył, jednak szybko okazało się, że niewiele ma w związku z tym do roboty. Nie chorowaliśmy. Byliśmy zdrowi jak rydze, nawet Mucha, która uchodziła wśród nas za nadzwyczaj rachityczny egzemplarz człowieka. Całe szczęście nasz nietaktownie dobry stan zdrowia nie zdążył zachwiać samooceną Pchełki. Okazało się bowiem, że posiada on naturalny i niczym niewytłumaczalny dar majsterkowania. Potrafił naprawić wszystko i wszystkim, a gdy odkrył w składziku skrzynię z narzędziami, rozpętał się na dobre.
– Kończę z medycyną – oświadczył z mocą przy kolacji, zaznaczając, że od tej chwili jego jedyną ambicją jest przyćmić swą osobą postać Nikoli Tesli.
Ja zająłem się liczbami. W końcu przewidywanie przyszłości zawsze było moją domeną, a liczby – jakby nie patrzeć – są doskonałym medium. Pietrowiczowa obficie zaopatrzyła spiżarnię, jednak zapasy nie były niewyczerpane. Musiałem wszystko skrupulatnie przeliczyć, fachowo zracjonalizować i opracować plan reglamentacji. Satysfakcjonowała mnie wielce tego rodzaju robota, choć trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że w oczach reszty uchodzę za obiboka.
Mucha sprzątała. Odkładała przedmioty tam, gdzie ich miejsce, ścierała kurze, myła podłogi i okna. Podejmowała wręcz tytaniczny wysiłek, by utrzymać ład i porządek, który reszta z nas z dużym powodzeniem obracała w któreś ze stadiów chaosu.
– Ktoś musi zadbać o ten syf – uważała. Twierdziła, że tak mawiała jej mama. Gdy wspominała o niej, robiła się smutna. Martwiło mnie to. Większość z nas z biegiem dni tęskniła do rodziców coraz mniej. Ale nie Mucha. W niej tęsknota rosła, rozdymała się, by wreszcie wypełnić sobą całą muszą osobę, wypychając przez uszy dawną złość i złośliwość.
– Jesteś bardzo dzielna – powiedziałem pewnego razu, gdy uporała się z pracą.
Wzruszyła ramionami.
– Ktoś musi posprzątać ten syf. Tak mówiła mama – odparła. Jej oczy zaszkliły się wyraźnie. Podszedłem do niej i pocałowałem ją w policzek, a ona rąbnęła mnie szmatą w twarz. Jak dawna Mucha. Zaśmiałem się, a ona się obraziła. Ale potem jej przeszło i uśmiechała się do mnie inaczej, niż przedtem. Zauważyłem też, że nie była już taka brzydka.
Bliźniaczki… No dobrze. Bliźniaczki nie robiły nic. Ssanie kciuków pochłonęło je bez reszty. Pewnego dnia poprosiliśmy je, by czyniły swą obrzydliwą powinność w odosobnieniu, na piętrze, abyśmy przynajmniej my nie musieli ich przy niej oglądać. Poszły i nie wróciły. Dużo później znaleźliśmy tylko ich obślinione, porzucone w nieładzie koszulki w kwiatki. Myślę, że po prostu zassały się nawzajem, niczym niewydarzona parodia węża Ouroborosa, pochłaniającego własny ogon.
*
W końcu musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy.
– Z piwnicy śmierdzi – zauważył Nosek. Zjedliśmy właśnie sznycel po wiedeńsku, zaserwowany z czerwonym jak wino porzeczkowym sokiem. Byliśmy rozleniwieni i pogrążeni w błogiej otulinie bezczynności. Nie chciało nam się myśleć o kłopotach, jednak ten konkretny kłopot dobiegał do naszych nozdrzy z narastającą natarczywością.
Wstałem od stołu, przeciągnąłem się i ziewnąłem szeroko, rozdzierająco.
– No trudno – westchnąłem. – Pchełka, Nosek, chodźmy.
Ruszyliśmy do piwniczki, wiedzeni lepkim, duszącym zapachem, który dosięgał nas z dołu jak kleiste nibynóżki ameby.
– Zaczekajcie – rzekł Pchełka. Pobiegł do kuchni i wrócił z trzema wymyślnie zwiniętymi serwetkami.
– Maski. Na smród. Zawiążcie na twarzach – doradził.
Doceniłem jego przytomność umysłu.
Obwiązani serwetkami, zeszliśmy do piwniczki. Była chłodna i ciemna. Z otwartych drzwiczek wpadał doń jasny snop światła. Pył, wzbijający się spod naszych stóp, tworzył w powietrzu mętną, świetlistą zawiesinę.
Pietrowiczowa leżała w kącie, tam, gdzie ją złożyliśmy. Była nieruchoma, napuchnięta, sinozielona – jak zepsuta kiełbasa. Skrzywiliśmy się. To znaczy, ja się skrzywiłem pod swoją maską. Nie wyobrażam sobie, aby można się było w tej sytuacji nie skrzywić.
– Chyba się nie udało – zauważyłem. Było to bezcelowe. Nasza porażka była ewidentna. Spoczywała właśnie przed nami.
Staliśmy pogrążeni w smrodzie i ciszy. Wiedzieliśmy, co należy zrobić dalej.
– Nie mamy pudełka po herbacie – zauważył Nosek. – To znaczy, nie takiego – dodał.
Kiwnąłem głową. Sennie. Byłem przejedzony, zmęczony. I zrezygnowany.
– Obejdziemy się bez – odparłem cicho.
*
Zrazu i zwykle rzeczy dzieją się po kolei, jednak oglądane od strony przyczyn wyglądają jak rosochaty krzak. Dlatego prościej patrzeć na nie od strony skutków, gdyż stamtąd wyglądają jak kij, a każdy kij ma dwa końce. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy lubią mówić: „A nie mówiłem?”.
Mieliśmy kiedyś Teofila. Teofil był szczurem. Był mały, łaciaty i bardzo ruchliwy. Mieszkał w klatce w bawialni i był jednym z nas. Był bystry i skory do zabaw. Lubiliśmy go, może nawet kochaliśmy, choć wówczas najpewniej nie znaliśmy jeszcze pełnego znaczenia tego słowa. Dziś z resztą nadal go nie znamy i sądzę w duchu, że nie poznamy nigdy.
Pietrowiczowa pozwalała nam opiekować się Teofilem. Było to jeszcze przed wiśniową wpadką jej męża. Być może nie powinna była powierzać nam tak odpowiedzialnego obowiązku. Ale powierzyła.
Była zima. Karmiliśmy Teofila obierzynami ziemniaków, suchym chlebem, słoniną i ziarnem. Napełnialiśmy mu ochoczo miseczkę z wodą i przepychaliśmy się o dostąpienie zaszczytu umycia mu klatki. Czuliśmy się bardzo potrzebni i bardzo ważni. Do czasu, gdy nam się nie znudziło.
Z biegiem dni zapominaliśmy o regularnej opiece. Od czasu do czasu dorzucaliśmy Teofilowi jedzenia i dolewaliśmy wody. Nie chciało nam się jednak przykładać do tego zadania. Przyszła wiosna, zaczęliśmy chętniej bawić się w ogródku, bujać na huśtawce ze starej opony i ganiać przy maliniaku. Teofil robił się coraz bardziej wypłowiały, markotny, chudy, aż pewnego pięknego dnia w ogóle przestał się ruszać.
– Nie żyje – stwierdziła Pietrowiczowa.
– Jak to? – zdziwiliśmy się.
– Ano tak to. Zdechł.
– Ale wyzdrowieje?
Pietrowiczowa uśmiechnęła się łagodnie, jak nie Pietrowiczowa.
– Nie, raczej nie – powiedziała. Sięgnęła do klatki i wydobyła Teofila za ogon. Był sztywny jak pluszowa zabawka.
– Co teraz będzie? – zapytaliśmy płaczliwie.
– Nic. A co ma być?
– Bo my chcemy się z nim bawić! – zawołaliśmy chórem, roniąc pierwsze łzy.
Pietrowiczowa westchnęła.
– No dobrze. Zaniosę go do piwniczki. Tam jest dobre powietrze, takie jak w sanatorium.
Gapiliśmy się na nią szeroko rozwartymi oczyma.
– No wiecie… – spojrzała na nas i zaśmiała się niespodzianie. – Nie, nic nie wiecie – machnęła wolną ręką. Teofil zadyndał bezwładnie w drugiej. – W każdym razie szczurek pójdzie do piwniczki. Bądźcie grzeczni, to może wróci.
Byliśmy bardzo grzeczni. To znaczy, na tyle, na ile to możliwe. Nie krzyczeliśmy, nie biliśmy się, myliśmy ręce po zabawie w ogrodzie i bez szemrania kładliśmy się na leżakowanie. Słowem, robiliśmy wszystko to, co w naszym pojęciu składało się na definicję grzeczności jako takiej.
Wkrótce Teofil wrócił. Był co prawda nieco mniejszy i mniej łaciaty niż wówczas, gdy widzieliśmy go po raz ostatni, lecz zrzuciliśmy te zmiany na karb rekonwalescencji. Był za to równie żywotny i ruchliwy, co za najlepszych czasów.
Byliśmy szczęśliwi. Znów bawiliśmy się ze szczurem całymi dniami i sumiennie wywiązywaliśmy się z obowiązku dokarmiania go. Ochoczo zajmowaliśmy się jego niewielkim obejściem. Byliśmy pilni i zaangażowani, jakbyśmy chcieli wymazać z pamięci krępujący incydent z niezamierzoną śmiercią.
Jednak nic nie trwa wiecznie. Również nasza radość gdzieś wywietrzała, a zapał do opieki stopniał i znikł. Ponownie zaczęliśmy zaniedbywać Teofila. Tym razem bardziej, niż poprzednio. Tak bardzo, że nawet nie spostrzegliśmy, gdy zdechł po raz wtóry.
Pietrowiczowa również tego nie spostrzegła. Był to bowiem czas, gdy zaczął odwiedzać ją Humprey Bogart, a ona zaciągała go kuchni na tajemnicze, racuchowe sesje. Nie miała wówczas głowy do naszej czeredy, nie wspominając nawet o kimś tak niewielkim, jak Teofil. Spostrzegła jego śmierć dopiero wówczas, gdy zaczął cuchnąć. My z resztą również.
Znów płakaliśmy. Błagaliśmy Pietrowiczową, by zaniosła Teofila do piwniczki i by było tak, jak dawniej.
– Tym razem to nic nie da – odparła. – Teofil nie żyje. Koniec i kropka. Musimy go pochować.
Nie wiedzieliśmy, co ma na myśli. W zdumieniu obserwowaliśmy, jak przynosi z kuchni pudełko po herbacie i wrzuca doń cokolwiek zdeformowanego Teofila. Pokornie ubraliśmy się, gdy kazała się ubrać, grzecznie powędrowaliśmy do ogrodu, gdy kazała wędrować i wykopaliśmy mały dołek w maliniaku, gdy kazała wykopać. Delikatnie umieściliśmy w nim pudełko z Teofilem i starannie zakopaliśmy dołek, tworząc niepozorną, szczurzą mogiłę.
– A teraz się pomodlimy – rzekła Pietrowiczowa. – Powtarzajcie za mną. Dobry Boże, przyjmij do siebie Teofila. Był mały i wesoły. Teraz nadal jest mały, lecz martwy. Zabiliśmy go przypadkiem i jest nam przykro. Przepraszamy i mamy nadzieję, że dobrze się nim zajmiesz. Teraz idziemy leżakować. Amen.
– Ament – powtórzyliśmy.
– No. A teraz jazda spać.
*
W starym maliniaku, zapodziani po głowy przed wzrokiem ciekawskich, przez długie godziny grzebaliśmy ciało Pietrowiczowej. Dłonie mieliśmy na oślep powalane błotem, które wzbierało z pylistej gleby pod wpływem deszczu. Krople jak grochy zalewały nam twarze, choć może to był pot, gdyż byliśmy bardzo zmęczeni. Niełatwo gromadzie dzieci wykopać grób mieszczący ciało dorodnej kobiety, w dodatku tak szczodrze obdarzonej swą płcią. Tym bardziej, że z bliżej nieokreślonych przyczyn Mucha płakała jak opętana, a dłonie Lolitki zupełnie nie nadawały się do grabarskiego rzemiosła.
Jak wiadomo, zrezygnowaliśmy z pudełka po herbacie. Postanowiliśmy po prostu wrzucić Pietrowiczową do grobu, twarzą w dół, by nie zapamiętała asystentów swej ostatniej podróży. Nosek nalegał, by przebić jej serce osinowym kołkiem. Widział to kiedyś w telewizji. Nie mieliśmy bladego pojęcia, skąd wziąć osinowy kołek i jak on w ogóle wygląda. Pozwoliliśmy mu więc użyć ołówka. Tłukł nim przez kwadrans między tłuste piersi Pietrowiczowej, usiłując wrazić w ciało choć kawałek drewna. Wreszcie dał za wygraną.
Późnym wieczorem udało nam się prawie zakopać Pietrowiczową. Prawie, gdyż dół okazał się zbyt krótki i wystawały zeń jej pięty. Zignorowaliśmy to. Byliśmy zmęczeni, głodni i nieprawdopodobnie wprost brudni.
– Musisz się pomodlić, Magik – powiedziała Lolitka.
Stanęliśmy w kręgu. Odchrząknąłem.
– Dobry Boże, przyjmij do siebie Pietrowiczową. Była duża i straszna, ale była nasza. Teraz już nie jest straszna, bo nie żyje. Ale nadal jest duża. Zabiliśmy ją przypadkiem i jest nam przykro. Przepraszamy i mamy nadzieję, że dobrze się nią zajmiesz. Podobno robiła dobre racuchy, ale nigdy nie dała nam skosztować. Teraz pójdziemy leżakować, żeby zrobić jej przyjemność. To chyba wszystko. Ament.
– Ament – powtórzyli pozostali.
Odwróciliśmy się i ruszyliśmy do budynku – ubłoceni, mokrzy, zasmarkani. Dzieci błota i deszczu.
*
– Chodźmy stąd – rzekła pewnego dnia Mucha.
Siedzieliśmy jak zwykle w oknach i wypatrywaliśmy rodziców. Tak jakby z przyzwyczajenia, bo zawsze to robiliśmy. Padało, a popołudniowa szarówka niepostrzeżenie przechodziła w zmierzch.
– Jak to – chodźmy? – zdziwiłem się.
– Po prostu chodźmy – odparła cicho. – Wstańmy, weźmy nasze kurtki, zawiążmy buty i chodźmy do domu.
Spojrzałem na nią uważnie, węsząc dowcip, lecz była zupełnie poważna. Pchełka zarechotał, ale natychmiast umilkł, wyczuwając zapewne, że rechot był w tej sytuacji jedną z najmniej adekwatnych reakcji.
„Wyjść – tak po prostu?”, zdumiałem się. Założyć kurtkę, wzuć buty i odejść z tego miejsca, pozbawionego Pietrowiczowej? Dlaczego nie. Ubrać się i wyjść na deszcz. Pójść do domu. Zwyczajnie. To nie może być trudne.
– Do domu – zawahałem się. – Nie jestem pewien, czy wciąż znam drogę – przyznałem.
– Ja też – odparła Mucha. – Ale coś jeszcze pamiętam. Jednak z każdym dniem gorzej.
Spojrzałem na ulicę, nagle zdecydowany. Gdzieś za rogiem rozbrzmiał klakson, wydało mi się też, że widzę światła przejeżdżających w oddali aut.
– Tak – szepnąłem. – Tak!
Zeskoczyłem z parapetu i pobiegłem do drzwi. Reszta, jak na komendę, ruszyła za mną. W pośpiechu naciągnęliśmy kurtki, nieporadnie zawiązaliśmy buty. Otwarliśmy drzwi i wypadliśmy na próg.
– Zgaś światło, Lolitka! – zawołałem przez ramię, wbiegając na chodnik i ciągnąc za sobą pozostałych.
– Zgasić? – zdziwiła się. – Zawsze zostawiamy zapalone.
Nosek zatrzymał się, zachichotał.
– No co? – zawołał. – Boisz się ciemności?
Lolitka uśmiechnęła się szeroko swymi przepastnymi, lolitkowymi oczyma.
– Nie boję się! – krzyknęła wesoło. – Zupełnie się nie boję!
Zgasiła światło i wybiegła za nami w objęcia szarego, deszczowego zmierzchu.