Nadal czytam Korzenie totalitaryzmu Hannah Arendt i przy okazji wywodów autorki o rasizmie i nacjonalizmie naszła mnie zupełnie odstrzelona, poboczna myśl: Czy nie dałoby się zinterpretować literatury fantasy jako fantazmatu, wytworu wyobraźni imperialistycznej? Czy może postimperialistycznej?
Zobaczmy – Tolkien i Arendt wydają swoje książki z grubsza w tym samym czasie i z perspektywy osób, które były świadkami tego samego splotu wydarzeń prowadzących do katastrof obu wojen światowych. Arendt doświadczenie to ubiera w sążnisty traktat historiozoficzny, Tolkien pisze eskapistyczne cegły, będące podwalinami całej późniejszej literatury fantasy oraz – poniekąd – literatury i kultury popularnej w ogóle. Jednak obie te wizje mają punkty styczne.
Rasy
Pierwszy z nich to rasy. Arendt analizuje narodziny i funkcje rasizmu w kontekście imperializmu. Pokazuje, jak myślenie w kategoriach rasy umożliwiało „naturalne” postrzeganie się pewnych grup ludzi jako lepszych od innych, odrębnych, uprawnionych do jakiegoś działania na mocy samego koloru skóry. Opisuje zakłopotanie, zdumienie, przerażenie Europejczyków przy kontakcie z kulturami kolonizowanymi, które zrodziło przekonanie o ich źródłowo innej naturze; o tym, że są to niejako inne gatunki człowieka. Pokazuje, jak rasizm
[…] zaprzeczył wspólnemu pochodzeniu człowieka i odrzucił wspólny cel stworzenia ludzkości.
Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 298
Tolkien konstruuje świat przedstawiony złożony z ras, przy czym jednej rasy są z natury jakieś, inne zaś z natury inne. Pewne są złe, inne dobre. Ci są chciwi, ci z kolei dobroduszni. Wszyscy mają ręce, nogi, głowy itp., jednak nie sposób zaliczyć ich do tego samego gatunku. Są to inne gatunki „człowieków” zamieszkujących tolkienowskie Śródziemie. Elf to elf, kasnolud to krasnolud. Hobbit nie jest po prostu małym człowiekiem. To hobbit, istota wyglądająca prawie jak człowiek, jednak nim niebędąca. No i są jeszcze orki. Złe orki, które są złe, godne pogardy i śmierci, bo są orkami właśnie. Nie da się w tolkienowskim świecie pomyśleć dobrego orka. Owszem, potem, w rozmaitych trawestacjach gatunku fantasy, tego typu herezje się pojawiają, jednak kanonicznie ork jest zły i basta.
Narody
Po wtóre, Arendt opisuje nacjonalizmy, z ich szczególną kulminacją w pan-ruchach (pangermanizmie, pansłowianizmie itp.) jako siły integrującej duże grupy społeczne, którym w wyniku ekspansji, rozrostu kapitału i rozwarstwienia ekonomicznego z jednej strony lub braku odrębności terytorialnej i samostanowienia politycznego z drugiej zaczęła zagrażać dezintegracja. Odwołanie do ducha narodu i miejsca urodzenia jako spoiwa skutecznie apelowało do wyobraźni, a dodanie motywu narodu wybranego (Arendt pokazuje, że w zasadzie każdy nacjonalizm przedstawiał własny naród jako wybrany) konstytuowało na dodatek wrażenie misji narodowej. Arendt:
Nacjonalizm ze swą ideą „misji narodowej” wypaczył narodową koncepcję ludzkości jako rodziny narodów w hierarchiczną strukturę, w której historyczne i społeczne różnice są mylnie interpretowane jako naturalne różnice między ludźmi wynikające z ich pochodzenia.
Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 298
Fantasy tolkienowskie (czyli Władca Pierścieni, ale też wszystko późniejsze, podobne, kanoniczne) również silnie odwołuje się do takiego rozumienia narodów. Dunedainowie noszą brzemię potomków upadłego Númenoru, bitni i szlachetni Gondorczycy strzegą Zachodu przed zakusami Saurona, Rohirimowie znakomicie jeżdżą konno (zapewne mają specjalny gen kodujący jazdę konną), zaś Haradrimowie są z natury podli, dlatego też wspierają siły zła. Każdy naród ma swoją ziemię, swoją charakterystykę i misję, przy czym jest mało istotne, czy jego przedstawiciel jest kołodziejem, czy szlachcicem. Po prostu, Gondorczyk jaki jest, każdy widzi. Ponadto, nie da się być Gondorczykiem, nie rodząc się nim.
Kres świata ras i narodów
Dwie wojny światowe zniszczyły stary świat. Późniejszy rasizm i późniejsze narody to już coś innego, niż ich XIX-wieczni prekursorzy. Nie to znaczenie, nie ta siła oddziaływania. Można zaryzykować stwierdzenie, że o ile pozostały istotnym czynnikiem społecznym, to straciły moc kształtowania dziejów ludzkości. Ta wypaliła się nagłym, żywym płomieniem podczas dwóch wielkich wojen XX wieku.
Świat ras i narodów również w tolkienowskim świecie znajduje wielką kulminację w Wojnie o Pierścień, podczas której dzielna Drużyna Pierścienia niszczy złowrogi artefakt, a wszystkie ludy Śródziemia ścierają się w wielkiej, rozstrzygającej bitwie. Potem rasy i narody tracą moc kształtowania dziejów tej wyobrażonej krainy. Elfy odpływają za morze, ludzie, spełniwszy swe narodowe misje, zaczynają mieszać się ze sobą, orki zostają pokonane, hobbici i krasnoludowie udają się do swych odizolowanych krain, gdzie najpewniej znikną za całunem bajek i baśni. Magia odchodzi ze świata, a wszyscy żyją długo lub krótko, szczęśliwie lub nie. Zwyczajnie.
Imperializm odbija się czkawką we współczesnej polityce i we współczesnych problemach społecznych. Jest też nieustannym źródłem poczucia winy. Ale może nie tylko, bo gdzie jest wina, tam jest też jakiś leżący u jej źródła grzech, a gdzie grzech, tam upojenie. Upojenie z kolei to stan, o którym łatwo fantazjować, czasami nawet nieświadomie, zaś od fantazji do fantasy jest już jeden, mały krok.
Nadinterpretacja? Możliwe. Ale kusząca.