Wieczną wojnę Joe Haldemana czytałem lata temu w formie komiksu. W minionych tygodniach, wskutek zachciewajki na militarną powieść science fiction, postanowiłem sięgnąć do tej klasycznej już pozycji, tym razem w formie powieściowej, i odświeżyć sobie historię, którą pamiętałem już w ogólnym zarysie, jednak bez szczegółów. Wybór okazał się ze wszech miar dobry, bo książka ta – mimo czasu, który upłynął od jej napisania – zupełnie się nie zestarzała. Oczywiście, występują w niej pewne anachronizmy, widać wyraźnie, że przewidywania autora (piszącego książkę w latach 70. XX wieku) względem rozwoju technologii kosmicznych były nad wyraz optymistyczne, jednak są to jedynie detale. Sens powieści leży bowiem nie tyle w wyobrażeniu konkretnych technologii i możliwych ścieżek rozwoju technicznego ludzkości, ile w eksplorowaniu sensu wojny oraz analizowaniu możliwych kierunków przekształcania się społeczeństwa. Te natomiast, choć już stanowiące element klasyki science fiction, nadal zachowały polor świeżości.
Autorzy science fiction mają skłonność do przymykania oka na pewne konsekwencje lotów międzygwiezdnych, koncentrując się często na tym, jak teoretycznie można by zrealizować takie marzenie, mniej zaś na tym, czy jako gatunek jesteśmy w ogóle predestynowani do takiego przeznaczenia. Joe Haldeman podejmuje ten wątek, koncentrując się na przesunięciach czasowych, doświadczanych przez żołnierzy przemieszczających się z prędkościami relatywistycznymi. Żołnierze ci, wyrwani ze swojego momentu dziejowego, powracają co jakiś czas na łono społeczeństwa, zastając je tak zmienionym, że zupełnie dla nich obcym. Uświadamiają sobie, poniewczasie, że wstępując do armii wstąpili do niej na zawsze. W Wiecznej wojnie jest to potraktowane dosłownie – szaty science fiction pozwalają autorowi ubrać w formę swoje refleksje i doświadczenia nabyte w trakcie wojny w Wietnamie. Paralela jest bardzo czytelna, nie mniej nie jest ona nachalna, a to duża zaleta. Choć hippisowski duch przemyka pomiędzy wierszami powieści, to nie pozbawia jej swojej własnej tożsamości. Dobra rzecz.
Krótko przed Wieczną wojną przeczytałem Stolik z widokiem na Kreml Pawła Reszki. Autora znam ze znakomitych reportaży w Tygodniku Powszechnym, nie czytałem go jednak nigdy w dłuższej formie. Ta zaś sprawdziła się w tym przypadku bardzo dobrze.
Stolik… to książka łącząca frontowe doświadczenia reportera wojennego relacjonującego konflikty w Afganistanie, Czeczenii, Gruzji i obecnie Ukrainie z autobiograficznym wspomnieniem lat przeżytych w Moskwie. Autor mieszkał bowiem w stolicy Federacji Rosyjskiej, zawiązał tam przyjaźnie i zdawał się dobrze czuć w świecie przesiąkniętym fatalistycznym duchem klasycznej rosyjskiej literatury oraz posttotalitarnym doświadczeniem. Z biegiem lat jednak, w miarę wpływu, jaki wywierać zaczął nowy putinowski porządek na społeczeństwo i myślenie jego przyjaciół, autor zaczął dostrzegać rozrastającą się pomiędzy nimi przepaść. Pisana z perspektywy dnia dzisiejszego książka jest spojrzeniem poprzez przepaść na tamten świat, który został utracony. Świat, w którym Rosja nie zasnęła jeszcze nowym autorytarnym snem o potędze, w którym mogła być jeszcze dla autora miejscem do życia.
Możliwość tej innej Rosji uosabia w książce M., przyjaciółka-kochanka autora, którą tłumaczę sobie jako Moskwę – kolorową, uwodzicielską, pragnącą wolności, ale też ksenofobiczną i bezkrytyczną wobec własnej historii. M. pozostaje ostatecznie po tamtej stronie przepaści, nie tyle z wyboru, ile z przymusu.
Obok tego autobiograficznego wątku, w którym jedynie M. jest ponoć postacią zmyśloną, mamy solidną dawkę reportażu wojennego, przybliżającego nam prowadzone przez Federację Rosyjską wojny. Myślę, że w dobie podnoszących się głosów o konieczności pokoju, zgłaszanych wątpliwości co do zasadności wspierania Ukrainy, Stolik… to rzecz, którą każdy powinien przeczytać.
Wreszcie Cieplarnia Briana Aldissa, tego samego, który napisał Non stop, książeczkę o zdegenerowanych, uwstecznionych ludziach, podróżujących z gwiazd do domu na pokładzie wielkiego statku kosmicznego. Tę drugą książkę czytałem lata temu, potem zapomniałem o niej, by przypomnieć sobie stosunkowo niedawno. Co za zbieg okoliczności, że teraz sięgnąłem po inny tytuł tego autora. Tytuł, który – również! – opowiada o zdegenerowanej rasie ludzkiej, zamieszkującej zdominowaną przez rośliny Ziemię pod palącym, umierającym, przekształconym w czerwonego olbrzyma Słońcem. Motyw upadku cywilizacji i regresji rozumu zdecydowanie jest silnie obecny w twórczości tego autora i ciekawe, na ile postkolonialny duch ma tu na niego jakiś wpływ.
Cieplarnia to powieść napisana językiem soczystym i śmiałym. Autor nie waha się konstruować najdzikszych neologizmów, aby opisać przekształconą, obcą florę przyszłej Ziemi, a polski tłumacz znakomicie wywiązuje się z zadania przetłumaczenia tych harców na rodzimy język. Jednak tym, co najciekawsze w Cieplarni, jest dla mnie pytanie: Czy inteligencja jest darem, czy raczej przekleństwem naszego rodzaju? Czy zarówno my, jak i Ziemia nie bylibyśmy szczęśliwsi, będąc głupszymi? Czy inteligencja nie jest czymś obcym, co wyrywa nas z harmonijnego nurtu życia, pchając ku poznaniu, czyniąc w ten sposób nienasyconymi i nieszczęśliwymi?