Dawniej dziwił go popyt na rynku wtórnym intymności, coś z perwersyjnego nieumiarkowania w rozdawnictwie prywatnych sekretów, tak bliskich przecież skórze. Das Vergnügen ist von kurzer Dauer und die Bewegungen sind eines Philosophen unwürdig, myślał Kantem, broniąc się przed dziwnym uczuciem łechczącym końcówki synaps. Nadeszły dziwne czasy, myślał, będąc przeświadczonym, że istotnie, nadeszły.
Pewnego razu spotkał jednak starą kobietę na przystanku tramwajowym, gdzieś między jednym a drugim powrotem z pracy, a może odwrotnie.
– Spędzaliśmy całe godziny przy cienkiej ścianie, z uchem przyklejonym do szklanki. Tak to się wtedy robiło, ściana-szklanka-ucho – mówiła, kiwając się w przód i w tył, jak pogrążona w transie lub chora na odrzucenie. Cichy monolog wydobywał się spomiędzy pomalowanych tłustą, grubą szminką ust. Były fioletowe i napuchnięte, kojarzyły się z połówkami przejrzałej śliwki. – Znałam sąsiada lepiej, niż on sam siebie znał. Znałam go, jak świerszcza w pudełku, mysz laboratoryjną lub kaktusa, schnącego sobie spokojnie w mijanej co dnia witrynie podrzędnego biura księgowego. Wszyscy tak robili. To była nasza jedyna rozrywka.
Myślał o tym do późna w nocy, słuchając oddechu śpiącego płytkim snem miasta. To architektura naszego hardware’u, uświadomił sobie. Jeżeli inteligencja jest jedynie interfejsem do rozgrywania relacji społecznych, to podglądactwo jest jej najbardziej pierwotnym instynktem.
Gdzieś zza ściany dobiegały stłumione głosy rozmowy. Mury jego mieszkania były wyjątkowo korzystnej jakości. Przewrócił się na bok i naciągnął poduszkę na uszy. Po raz pierwszy w życiu czuł się naprawdę głupi.